środa, 31 grudnia 2014

Postanowienia noworoczne

To był trudny rok.
Obfitował w wydarzenia i zmiany.
W tym roku dwukrotnie zmieniłam pracę i pięciokrotnie - szefa.
W tym roku wróciłam na ojczyzny - i rodziny - łono, co wiązało się z przeprowadzką transgraniczną.
W tym roku Młoda dwa razy zmieniła szkołę i raz system edukacyjny.
W tym roku nieprzyjemnie zachorowałam i podjęłam pracę nad zmianą osobowości.
W tym roku straciłam kontakty z dobrymi znajomymi - choć mam wrażenie, że odzyskam je w przyszłym roku, choć z mocno ograniczoną intensywnością.
Dużo - za dużo - się działo jak na jedną mnie.

Łamiąc się opłatkiem słyszałam wciąż "i życzę Ci wyjazdu do Łucka". Łuck to nie miasto w zachodniej Ukrainie, tylko taka mityczna Arkadia, kraina wiecznej szczęśliwości na zagranicznym kontrakcie w mieście mniejszym od Moskwy.

Ale ja chyba nie chcę jechać do Moskwy. Po trudnym roku potrzebuję roku spokoju. Świętego spokoju. Ciszy. Odpoczynku. Nudy.

Moje postanowienie noworoczne:
Spokój nade wszystko.

Strona MoMA

wtorek, 30 grudnia 2014

Słoik jako narzędzie HR

Chodzi mi wyjątkowo o opakowanie szklane, nie mentalność. A dokładniej - o szklaneczki po nutelli, używane przez nas w charakterze szklaneczek właśnie. Uzbierało się ich już naprawdę bardzo dużo, bo moja rodzina uwielbia czekoladowy krem, i nie bardzo mam ich gdzie trzymać.

Kiedy podczas radosnej przedświątecznej kłótni mój mąż po raz pierwszy użył argumentu od czapy - poleciał pierwszy słoik. Z olbrzymią przyjemnością cisnęłam nim z całej siły o podłogę, obserwując ze spokojem, jak drobniutkie szklane okruchy rozsypują się po gresie i migoczą w świetle ledowych żarówek. Wcale nie byłam wściekła - miałam poczucie mocy. Zawsze chciałam rozwalić szklankę.
Męża zatkało, ale nie na długo. Przelatek wyjrzała ze swojego pokoju, z ciepłym uśmiechem poprosiłam ją o założenie kapci. Kiedy mąż odezwał się ponownie, poleciał drugi słoik.

W sumie zużyłam ich sześć, zanim byliśmy w stanie wrócić do konstruktywnej dyskusji.
Wiecie co?
Polecam.




poniedziałek, 29 grudnia 2014

Zapach piwa nad cmentarzem ewangelickim

Pamiętając o białołęckich ewangelikach, postanowiłam odwiedzić DUŻY cmentarz ewangelicki. A raczej dwa, kalwiński i luterański, bo są obok siebie. Ładne są. Mnóstwo fajnych nagrobków, można się uczyć stylów w rzeźbie - secesja, barok, klasycyzm... Mnóstwo sław pochowanych, o których pojęcia nie miałam, że są ewangelikami - a niektórzy wcale ewangelikami nie byli, tylko nie chcieli leżeć na "swoich" cmentarzach. Stąd na przykład grobowiec w kształcie cerkwi, albo płyta z herbem ZSRR, czy nawet półksiężyc. Kawałek historii Warszawy.

Same nekropolie też są nie tylko encyklopedią Warszawy, ale encyklopedia ta była świadkiem (i miejscem) dramatycznych wydarzeń Powstania, kiedy przechodziła kilkakrotnie z rąk do rąk. Większość grobów jest pięknie odnowiona, ale część ma ślady po kulach czy pokiereszowane napisy, czy popękane płyty.

Spoczywają tu "naj" XIX-wiecznej Polski i wielu "naj" współczesnych. Rodzina Kronenbergów, założycieli Banku Handlowego. Wielcy browarnicy, z Haberbuschem i Schielem na czele. Linde, autor pierwszego Słownika Języka Polskiego, herbu... Słownik. Emil Wedel, w rodzinnym grobowcu przypominającym tabliczkę czekolady. Stefan Żeromski. Michalina Wisłocka. Anna German.

Fajnie jest przechadzać się po alejkach ze smartfonem w dłoni (z dobrym Internetem, oczywiście), i sprawdzać "kim był". Przy czym wcale nie jest powiedziane, że ten w najładniejszym grobowcu to VIP, a ten pod skromną płytą to prosty człowiek. W końcu to cmentarz ewangelicki... 

sobota, 27 grudnia 2014

Te straszne blokowiska w środku niczego

- Kupują słoiki mieszkania. Kupują w środku niczego, bez drogi, bez autobusu, bez szkoły, bez sklepu. Kupują, bo nie myślą. A potem wymagają tylko od władz miasta, żeby im zbudowały: drogę, szkołę, a może nawet szpital. W d... się ludziom poprzewracało. W śródmieściu szkoły puste stoją, było sobie w śródmieściu mieszkanie kupować, a nie na wygwizdowie. Hough. A może jeszcze metra im się zachciewa???

Z jednej strony, fakt, kupują na wygwizdowie. Z drugiej strony... z drugiej strony, jak się wydało pozwolenie na budowę osiedla na kilkaset tysięcy ludzi, to może warto by dla nich postawić placówkę edukacyjną, jak to drzewiej bywało? Modlińską poszerzono, zanim ruszył Tarchomin. Szkoła 314 powstała w 1984 roku, pierwszy blok na osiedlu Poraje oddano w 1981. A wszak oprócz szkoły zbudowano budynek usługowy i market, znaczy się sklep spożywczy. 
Kiedy prawie dziesięć lat później stawiano osiedle Erazma, na nową szkołę też nie trzeba było wcale długo czekać. Kurczę, Warszawa uprawia drenaż mózgów, przyjeżdżają młodzi, przedsiębiorczy, przyczyniają się do wzrostu PKB i zmniejszenia bezrobocia, wpływy z CIT rosną... Mogłaby, do cholery, coś tym ludziom dać w zamian, oprócz pozwolenia na budowę taniego blokowiska. Jak da w zamian, to będą wiedzieli, że warto w tym mieście płacić podatki. Ja wiem, że CIT idzie do budżetu centralnego, a PIT do miasta, ale przecież stolica akurat z budżetu centralnego otrzymuje całkiem przywoite dotacje na różne rzeczy.

Olbrzymim darem przewidywania odznaczył się jeden z dawnych włodarzy Białołęki, który za gminne (wówczas) pieniądze rozbudował i rozszerzył trzyklasową wtedy zaledwie szkołę podstawową w okolicach rodzinnych majątków, w wiejskiej, tzw. zielonej części gminy. Z jednej strony - do dziś pasą się tam krowy i gniazdują bociany. Z drugiej - szkoła całkiem niedawno musiała się wzbogacić o nowy pawilon, i wcale nie ma już 26 uczniów w całej placówce, tylko po pięć klas w cyklu. Bo obok pastwisk powstało blokowisko...

A Zielona Białołęka jest śliczna. Ciekawe, dlaczego została przyłączona do Warszawy pół wieku temu - to przecież nie były nawet przedmieścia, tylko normalne wioski z polami uprawnymi...




środa, 24 grudnia 2014

Bóg się rodzi!

Życzę Wam migotliwych światełek i zapachu piernika.
Życzę Wam przebaczenia i pojednania.
Życzę Wam, żebyście umieli się śmiać z przypalonej grzybowej i nadgryzionych pierniczków.
Życzę Wam, żeby ciepły płomień świecy rozświetlał wszelkie mroczne miejsca.
Życzę Wam, żebyście byli blisko siebie, nawet jeśli nie ma dla Was miejsca w gospodzie.


Trzymajcie się ciepło!

A tak się pakuje prezenty

Zapomnieliście kupić papieru do prezentów?
Nie szkodzi :)


wtorek, 23 grudnia 2014

Zamek Królewski

Nie mam pojęcia, dlaczego przez tyle lat nie byłam w Zamku. Może dlatego, że kiedyś nie lubiłam muzeów, a kiedy polubiłam - Przelatek była jeszcze Warchlaczkiem i nie nadawała się na ciąganie po wystawach. Albo nie umiałam jej ciągać. Albo nie umiałam jej zostawiać w domu.
A może dlatego, że myślałam sobie, że to atrapa - hehe, dopiero w Moskwie zrozumiałam, że atrapy też mogą być ciekawe - skoro chodziłam do atrap w Moskwie (vide Teatr Wielki czy pałac w Caricyno), to czemu nie w Warszawie? A ostatnio - dlatego, że wcześniej pogoda była zbyt ładna, a Zamek - zbyt oczywisty, żeby opisywać go na słoikowym blogu, którego Każdy Czytelnik Zamek Widział, a Każdy Prawdziwy Warszawiak był w środku.

Zrobiło się jednak zimno i paskudnie na dworze, w listopadowe łykendy wstęp był wolny, trzeba to zobaczyć :)

Okazuje się, że nawet jeśli to nie jest łykend, i nawet jeśli jest dość mało czasu na spacer, to warto z gościem Stolycy (goście Stolicy są w Moskwie) tudzież małolatem zajrzeć do podziemi, gdzie jest zawsze bezpłatna multimedialna wystawa o budowie i odbudowie jednego z symboli Warszawy. Robi wrażenie, i to mocne, a jej odwiedzenie zajmuje kwadrans.

Okazuje się też, że atrapą są tylko mury. Że niemal wszystkie ruchomości udało się wynieść i uratować, a te, których się nie udało (np. żyrandole, które zdjęte i przygotowane w jednym pomieszczeniu do wywiezienia, akurat w tym, do którego za chwilę trafił niemiecki pocisk) zostały odtworzone według oryginalnej fabrycznej dokumentacji. Że dokumentowano i ratowano w początkach okupacji co się dało: fragmenty polichromii, zdobień, podłóg, nawet skrzydła drzwi, które służyły za nosze do wyniesienia czegoś innego, nie mówiąc o dziełach sztuki.

Okazuje się, że dzieciakowi powinno się tam spodobać. Nawet czterolatkowi. Można mu pokazać królewskie łoże albo szafkę do chowania naczynia nocnego, stolik do pisania, zupełnie jakby pod laptopa zrobiony, tron, ze zdobień którego po wojnie odnaleziono jednego orzełka, lustro, w którym odbija się inne lustro, w którym odbija się to samo lustro, w którym..., przepiękną salę balową, prawie nigdy zgodnie z nazwą nie używaną.

Weszłam do zamku w chwili otwarcia, o 10. Wyszłam, kiedy już zamykali, o 16. A przewodniczka martwiła się, że mamy tak mało czasu... i jeszcze zapraszała na kurs zamkowy. Półroczny...

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Przedświąteczne porządki

E-mama jest rewelacyjna.
Jedna z emam zabierała się za porządki. Zaczęła od zrobienia sobie herbaty i odpalenia ulubionego forum, na którym zadała pytanie, co dalej.
Niejaka beataj1 udzieliła jej następującej odpowiedzi:

Jak to co? Zakładasz na pulpicie kompa folder "burdel w chałupie", następnie nastawiasz się odpowiednio psychicznie i klikasz "skasuj folder". Komputer pyta, czy na pewno chcesz skasować burdel w chałupie. Odpowiadasz "tak" i gotowe. Skasowałaś burdel w chałupie.

Fanfary...
Kurtyna.

Bardzo mi się to podoba. Lubię to.

niedziela, 21 grudnia 2014

Kapliczki podwórkowe




Kiedyś myślałam, że kapliczki są tylko w praskich podwórkach. Maleńkie, wzruszające oazy zieleni i błękitu na tle ceglastych murów, przyozdobione kwiatami z twardego plastiku, współczesnego poliestru albo nietrwałej bibułki, z figurą, obrazkiem, różańcem. Ale takie same znalazłam na Woli i w Śródmieściu.
Kiedyś myślałam, że kapliczki są tylko maryjne. Ale sporo jest też figur Chrystusa albo świętych.
Kiedyś myślałam, że znajdę kapliczkę w każdym przedwojennym podwórku na Pradze. Jednak co najmniej równie często zamiast zadbanego figurki  w zaniedbanej studni znajdywałam altankę śmietnikową w czysto wymiecionym podwórzu, czasem pomalowaną na biało, częściej po prostu kontener z logo obsługującej firmy.

Podobno większość z nich powstawała w ostatnich latach wojny.
Białołęckie - zwykle starsze, najczęściej przydrożne - są doskonale opisane, chyba można znaleźć pdfy na stronie dzielnicy. Miejskie też doczekały się własnej publikacji.

Śliczne są w swojej kiczowatości.

sobota, 20 grudnia 2014

Wdzięczność

Trzy tygodnie temu. Przelatek ogląda swoje oceny z matmy i wyraża chęć podwyższenia stopnia semestralnego.
Dwa tygodnie temu. Młoda od trzech dni nie chodzi do szkoły, choruje. Zapewniam opiekę osobistą. Szef jakoś przeżyje.
- Przelatku, zadzwoń do Leny, spytaj, co jest zadane.
- Nieeeee chce mi sięeeeee... jeszcze kuuuuupa czaaaaasuuuuu.
Przelatka klasa uczyła się mnożenia sposobem pisemnym.

Piątek, Młoda już wie, że raczej nie wyzdrowiała. Opiekę przejmuje ojciec Przelatka.
- Przelatku, zadzwoń do Leny.
- Nieeee chce mi sięeeeeeee.
Sobota. Przelatku... Nie chcę....
Niedziela. Przelatku... Nie chcę.....
Poniedziałek..., wtorek..., środa...., czwartek...., piątek....
Przelatka klasa dzieli pod kreską.

W niedzielę o 22.30, mając przed sobą jeszcze 10 stron słupków arytmetycznych, Przelatek ze łzami w oczach usiłuje przygotować sobie kawę. Zostaje wygoniona do łóżka. Następnego dnia Przelatek dowiaduje się, że w środę jest klasówka.
- TO WSZYSTKO PRZEZ CIEBIE! BO TY NIE MASZ DLA MNIE CZASU!
Spędzam upojny wieczór, przeklinając pod nosem (liczę albo w pamięci, albo w arkuszu kalkulacyjnym, tysiąc lat nie wykonywałam obliczeń pisemnych). Rano z pracy wysyłam do Przelatka   linki z odpowiednimi stronami dla czwartoklasistów. Przelatek nie sprawdza poczty, mimo trzykrotnych monitów, wita mnie za to grobowym porównaniem:
- CZUŁAM SIĘ DZIŚ NA MATMIE JAK NA WYKŁADZIE PROFESORA SNAPE'A Z OBRONY PRZED CZARNĄ MAGIĄ!
Spędzam kolejny upojny wieczór, rezygnując z udziału w arcyciekawej konferencji zawodowej. Przelatek siedzi przy biurku ze zbuntowaną miną. Kiedy informuję ją o swoim poświęceniu, naburmusza się jeszcze bardziej i tłumaczy swojemu psu:
- TA TYRANKA JESZCZE SIĘ NAD NAMI ZNĘCA PSYCHICZNIE!

Hmmm. A co mnie obchodzi, co ona będzie miała z matmy na semestr?

piątek, 19 grudnia 2014

Skarpa



Ten post ukazuje się pod koniec grudnia, ale powstawał w październiku, a zdjęcia do niego - na mojej Pierwszej Wolnej Wycieczce pod koniec września. Wolne Wycieczki to nowy zwyczaj, wprowadzony w mojej rodzinie - zgodnie z tym zwyczajem pół weekendowego dnia zabieram tylko dla siebie i robię w tym czasie, co mi się żywnie podoba - sama. Przed Pierwszą Wolną Wycieczką musiałam przedzierać się przez leżącą Rejtanem w progu Przelatka i odrywać ją od siebie, niczym trzylatkę po raz pierwszy pozostawianą w przedszkolu. Przed Drugą Wolną Wycieczką usłyszałam tylko groźne: "o której wrócisz?", na kolejne rodzina już nie reagowała.

Przełom września i października to idealny czas na przejażdżkę wzdłuż skarpy wiślanej i poszukiwanie parkowych niemal ulic i uliczek, na uczenie się hamowania na opadających liściach, na radosne pedałowanie wśród złota i purpury.

Pod Starówką czynne jeszcze były fontanny, nigdy nie udało mi się do nich dotrzeć wieczorem, na pokaz :)

Za Mariensztatem zaczyna się Park Kazimierzowski, który niegdyś był tajemniczym i doskonale zaopatrzonym ogrodem aptekarskim uniwersyteckiego Wydziału Farmaceutycznego (tudzież jego wcześniejszych postaci). Potem płynnie przejeżdżamy przez Oboźną i Kopernika (wiecie, że budynek OPZZ przed wojną miał fantastyczny wieżowiec z tyłu?), odkrywamy Bibliotekę Krasińskich na Okólniku i zakonne ogrody, które są tak szczelnie osłonięte płotem od strony Powiśla... Zaraz za Poniatowszczakiem zaczyna się park Rydza-Śmigłego, a z niego wjechałam sobie w uliczkę Frascati i w Wiejską.

Kiedyś słyszałam, że budynek sejmowy budowany był dla cyrku, dlatego taki cyrk miewamy w parlamencie. Jednakowoż cyrk był na Ordynackiej, a na Wiejskiej był... Instytut Wychowania Panien! Nasi posłowie powinni więc się zachowywać jak panny z dobrego domu.

Nad Górnośląską przejechałam kładką, bo na dole byli biegacze, i wjechałam sobie w poszpitalne tereny Jazdowa, do kolonii domków fińskich, które dostaliśmy w ramach reparacji wojennych. Zostało kilka budyneczków służby zdrowia, nie wiem, co tam się dziś mieści - ale były bardzo sympatyczne.

Potem tylko jeden z pierwszych - po kolumnie Zygmunta - pomników świeckich w Polsce, przepyszny barokowy Jan III Sobieski, o posturze hulaki i wielbiciela wdzięków bynajmniej nie tylko Marysieńki, a potem tylko szybki przejazd wzdłuż ogrodzenia Łazienek na ulicę Klonową, gdzie w interesującej modernistycznej willi mieszkał Bierut - a później różni inni oficjele, m.in. Wałęsa. Willa, która wygląda jak jedna całość, to tak naprawdę bliźniak, autorstwa Bohdana Pniewskiego. Robi wrażenie od zewnątrz, ale podobno jej interior był naprawdę genialny, jak na tamte (lata trzydzieste) czasy - przytulny i funkcjonalny. Ciekawe, jak wygląda (czy będzie wyglądać) po remoncie teraz?

Uwielbiam Wolne Wycieczki!

czwartek, 18 grudnia 2014

Światełka

Lubię światełka. Mam na balkonie.
Trakt Królewski wygląda przepięknie.
Chmielna mnie rozczarowała.
Świętokrzyska kojarzy się z PRL, nie wiem, czemu.
Pójdę sobie na łyżwy na Rynek staromiejski, może wrzucę więcej zdjęć...

środa, 17 grudnia 2014

Port Czerniakowski



Niełatwo być miastem nad niegrzeczną rzeką, a Wisła do grzecznych raczej nie należała. To wcale nie jest tak, że Warszawa się od niej odwróciła - to ona nie dawała się poskromić. Pod wysoką skarpą zamkową niegdyś nie było miejsca na żadne ogrody - król, jeśli chciał, mógł sikać z murów prosto do wody. Kępy zamieniały się w wyspy, wyspy migrowały od brzegu do brzegu, Topiel i reszta Powiśla regularnie była zatapiana, żeby później woda się od nich odsuwała, odsłaniając szerokie łachy albo tworząc starorzeczne jeziorka. Próby regulacji jednego brzegu w jednym roku kończyły się spektakularną powodzią i całkowitą zmianą biegu rzeki w roku kolejnym. Dlatego m.in. kąpiel w Wiśle możliwa była głównie w basenach - ogrodzonych i z kontrolowanym dnem, bo dno to ona sobie lubi zmieniać szczególnie często.

Takie właśnie burzliwe były dzieje okolic Portu Czerniakowskiego. W 1884 roku Wisła wkurzyła się na umacnianie Saskiej Kępy i wylała na Kępę Gocławską, przesuwając się o pół kilometra w prawo i zostawiając łachę. Lindley zbudował tam Stację Pomp Rzecznych, a w zatoce powstał port zimowy i stocznia. Naprawiano w niej parowce i budowano barki, aż do końca lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, z krótką przerwą na walki powstańcze i odbudowę. Potem stocznię zamknięto, a port dziczał... dopóki Miasto nie postanowiło przeprosić się z Rzeką. Niedawno pogłębiono basen, zrewitalizowano okolice, zbudowano przyłącza dla jachtów, bosmanat ma sympatyczny budyneczek, i można sobie wypożyczyć kajaki - a potem przesiąść się na Veturilo - nazywa się toto pętla kajakowo-rowerowa. Kajak wypożycza się na dowód, a potem oddaje w jednej z trzech stacji - wiosną muszę spróbować!


Teraz Warszawa promuje swój związek z Królową:

wtorek, 16 grudnia 2014

A w ogóle





W ogóle, to udało mi się kupić prezenty, hough, prawie wszystkie.
I udało nam się upiec pierniczki, o takie jak na zdjęciu.
I udało się upiec paszteciki na Wigilię, czekają w zamrażalniku. I zamarynować i zamrozić mięso. I powiesić świeże firanki.

I przed Adwentem zajmowałam się produkcją wieńców, też są na zdjęciu, dwa, a trzeci dodam później. Nie wiem, po co mi tyle, ale miałam wenę twórczą.

I koty z kątów zostały wygonione. I futrzate, i ich kłaki. I szafki kuchenne przetarte. I w ogóle. Dzielna jestem.



Jeszcze tylko przydałyby mi się studia z zarządzania zasobami ludzkimi. Albo trochę zdrowego rozsądku. Albo chociaż czas, żeby porozmawiać z rodziną bez wrzasków :D

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Fort Szczęśliwicki


Forty fajowsko wyglądają na mapach - takie półgwiazdeczki zielone, z niebieską obwódką. Na żywo wyglądają zdecydowanie mniej fajnie. Czasem blondynka nie rozpozna, że objeżdża właśnie ową gwiazdeczkę - tak miałam w przypadku Augustówki, kiedy pytałam ludzi, gdzie tu są forty, stojąc między fosą i wałem. Czasem fort wyłania się nagle spomiędzy bloków, jak na Śliwicach. Czasem - ale bardzo rzadko - jest piękny i elegancki, jak Bema. A czasem zwyczajnie rozczarowuje, jak fort Щ, czyli Szczęśliwicki, porośnięty chaszczami i straszący pustymi salkami, ze śladami ognisk i orgii. 

Warszawa chyba nie ma pomysłu na Twierdzę Warszawa.
Szkoda :(


piątek, 12 grudnia 2014

Zakrzywienie

Moja rodzina składa się z trzech nieordynaryjnych osobowości ludzkich i trzech specyficznych osobowości futrzatych. "Nieordynaryjne" i "specyficzne" to łagodne określenia.


"Wy to jesteście dość ekscentryczni" - tak mówią ci, którzy nas lubią. Jeśli nas nie lubią, albo jeśli my nie słyszymy, to są bardziej bezpośredni: "Oni to są po.....ni".
Mój ulubiony kolega z pracy stwierdził, że moja rodzina ma "zakrzywioną percepcję rzeczywistości".
Bardzo mi się to określenie spodobało.

czwartek, 11 grudnia 2014

Młynów i Górczewska








Nadal nie ogarniam Woli jako dzielnicy, czuję się trochę tak, jakbym jeździła po niej nie na rowerze, tylko metrem. Nic mi się tam nie łączy, ani lekko nie czyta ("notatka ma się łączyć i lekko się czytać" - powiedział jakiś szef). Wola jest dla mnie pełna niespodzianek i zaskoczeń. Jadę sobie, przykładowo, w stronę takiej Młynarskiej, i ni z tego, ni z owego widzę słup, upamiętniający pole elekcyjne, którego bezskutecznie szukałam, jeżdżąc Elekcyjną właśnie. Cmentarz, który miał być po prawej ręce, nagle okazuje się po lewej, a coś, co brałam za przedwojenną kamienicą, okazuje się być blokiem z lat pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych, a kamienicę czy fabryczkę ma w podwórku.

Jadę sobie dalej i trafiam na zabudowania Szpitala Zakaźnego, których spodziewałam się gdzie indziej, za to nie znajduję Szpitala Wolskiego, choć mijam przystanek o takiej nazwie. Zamiast szpitala za to jest straszliwy budynek z lat trzydziestych, z dizajnu sądząc, na rogu Siedmiogrodzkiej, o którym w necie ani słowa nie ma, a wisi na nim szyld Cefarmu. Przez szyby od lat chyba nie myte widać jakieś materace rodem z rosyjskich plackart, i góry naczyń. Międzywojenny albo tuż powojenny galeriowiec sąsiaduje z przepięknie odnowioną kamieniczką, na przeciwległym rogu zaś ma PDT Wola, czy też Wola Plaza, jak kto, nomen omen, woli. PDT miał sławną historię i mam wrażenie, że posłużyła mu zmiana przeznaczenia z handlowego na biurowe, bo to kawał przyzwoitej architektury. Jakaś zrujnowana chałupa ma godny żeliwny odbojnik bramny, a w budynku typowo dworkowym jest.. zakon, który za sąsiadkę ma zajezdnię tramwajową, służącą jeszcze konnym tramwajom, ale przed półwieczem całkowicie zmodernizowaną.

Ale Młynów, Odolany, Czyste, Koło, Ulrychów, Mirów czy Nowolipki to dla nadal mnie osobne, w żaden sposób nie powiązane ani historycznie, ani terytorialnie fragmenty Warszawy :(

środa, 10 grudnia 2014

Z rozmów z Przelatkiem

- Mamo, a kto wygrał lokalne wybory? Kto rządzi w Warszawie?
- Ta sama Pani Prezydent, która była wcześniej.
- Aaaa, HGW? A Komorowskiego wybrali po katastrofie smoleńskiej?
- Tak.
- A pani premier Kopacz też była przy katastrofie, prawda?
- Prawda.
- Teraz już nie możemy w szkole mówić, że "to wina Tuska", bo on jest w Europarlamencie, będziemy mówić "wina Kopacz".
- Hmm, a czemu nie mówicie "wina Kaczyńskiego"?
- No co ty, on jest w opozycji, co on może?
Moja córka ma 9 lat. Jeszcze przed jej narodzinami wybrałam się z mężem do Teatru Narodowego. Wróciliśmy zniesmaczeni. Ja - bo on się nie zna na balecie. On - bo ujrzawszy w foyer ówczesnego premiera, powiedział do mnie: "O, Miller idzie!", a ja na to: "A kto to jest?". Jako dziewięciolatka interesowałam się chyba bardziej Mary Poppins, niż polityką...


wtorek, 9 grudnia 2014

Folwark Kiersnowskiego

Siostry Franciszkanki Rodziny Maryi, które w dość niezwykły sposób przyczyniły się do rozwoju Białołęki Dworskiej, prowadzą dom dziecka również na Płudach. Wikipedia podaje, że domem tym jest nieistniejąca już ruinka przy Klasyków, tuż przy wiadukcie, ale o ile wiem, dzieciaki mieszkały na górce, a w ruince była szkoła, wybudowana w 1930 roku, upubliczniona w 1947, z krótkim przedszkolnym okresem we wczesnych latach osiemdziesiątych (czy jest tam tablica pamiątkowa, że do tego właśnie przedszkola uczęszczał Historyk?). Kiedy ruinka nie była do końca ruinką, widniał na niej napis "Szkoła Powszechna", którego fragment był widoczny pod zdjętym szyldem urzędowym.
Do Płud siostry zostały zaproszone przez właściciela majątku, Krzysztofa Kiersnowskiego. I znów - Wiki podaje, że Kiersnowski podarował im teren na dom, na stronie zgromadzenia zaś widnieje informacja, że Matka Matylda Getter kupiła te ziemie. Być może ofiarodawca dał cenę symboliczną?
Z pewnością jednak ufundował kościół - niestety, po postawieniu stanu surowego stracił posadę rejenta w hipotece i sprzedał majątek, w którym przecież planował urządzić letnisko jak w Otwocku... Kościółek został dokończony staraniami parafian (pod wodzą małżeństwa Wędrowskich), obok stanął dom parafialny, w którym potem było kino, a jeszcze potem kaplica - dopóki nie wybudowano nowej, dużej świątyni.
A po planach otwockiego letniska (miało się nazywać Zawady) został drewniak - świdermajer. Należał do Natalii Śmiernickiej z Rosji, wybudowany najpewniej na początku ubiegłego stulecia. Udało się go wpisać do rejestru zabytków, ale czy uda się go wyremontować?

Została też drożdżownia - a raczej miejsce po drożdżowni, w którym dziś robi się opakowania dla produktów spożywczych. W pobliżu jest jednak inna drożdżownio-destylarnia, w której spirytus produkował w latach trzydziestych niejaki Henryk Bienental. Okolica nazywa się dziś Henrykowem, a tuż za murem fabryki znajduje się jeden z najfajniejszych białołęckich parkowych placów zabaw, z genialnym linarium, toytoykami i wybiegiem dla psów. Warto przejść się uliczką Dziatwy za ogrodzeniem parku - po przeciwnej stronie, niż Klasyków - i przyjrzeć się doskonale zachowanym zabudowaniom fabrycznym z czerwonej cegły. Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że Pollena Aroma wystawiła ten teren na sprzedaż, a przynajmniej jest do wynajęcia - byłoby super, gdyby zaopiekował się nim na przykład Białołęcki Ośrodek Kultury. Tylko pewnie Dzielnica nie ma kasy :(

niedziela, 7 grudnia 2014

Eksport tkanin do Chin

Wiecie, że w XIX wieku byliśmy niemalże potęgą eksportową? Wiecie, że nasz len trafiał do Chin? Wiecie, że mieliśmy ledwie 50 km od Warszawy jedną z najnowocześniejszych fabryk w Europie?
Wiecie, że mamy tam nadal nietknięte właściwie miasteczko przemysłowe, które było inwestycją greenfield i jest spójnym i jednolitym wykonaniem założenia urbanistycznego? Ma wydzielone strefy produkcyjne, edukacyjno-opiekuńcze, wypoczynkowe i mieszkalne.
Nie polecam muzeum w Żyrardowie - jakoś wyjątkowo mało mówi o mieście, choć ma interesujące wystawy czasowe. Ale na wycieczkę miejsce fenomenalne.

O ile ktoś lubi chińską kuchnię, oczywiście, bo innych jadłodajni tam raczej mało.

piątek, 5 grudnia 2014

Kiedy zaczyna się historia?

Dla Przelatka historią jest wszystko to, co było przed jej pojawieniem się na świat. To, co było przed moimi narodzinami to dla niej przeszłość bardzo zamierzchła, a między czasami jej prababek, a Homo Erectus nie ma już naprawdę żadnej różnicy.

Historyk najnowszy (a także mój prywatny Historyk Najnowszy) zapewne przeżywa dylematy - coś, co dla niego było już dawno temu, a więc zupełnie obojętne moralnie, dla żyjących jeszcze świadków tamtych wydarzeń wcale takie nie jest. Mój Historyk jakieś doświadczenia w tej kwestii zapewne miał, bo jak tylko wyciągałam aparat podczas urokliwego spaceru po Białołęce Dworskiej, fukał na mnie i szeptał:
- Tych nie fotografuj, oni tego nie lubią!
- Nie, wiesz, nie opisuj tego na blogu, tej rodzinie się to nie spodoba.
- Absolutnie nie możesz o tym wspomnieć! Ktoś cię oskarży, że przyczyniłaś się do spadku wartości gruntu!

Opowiadał jednocześnie arcyciekawe rzeczy o zamieszkujących osiedle rodach i rodzinach, o parcelach i domach. Przy jednej z ulic mieści się na przykład plac, który jest chyba przeklęty. Dom, który na nim stał, został zniszczony przez bombę w 44, właścicielowi nie udało się go odbudować, a żaden z kolejnych nabywców tej ziemi nie zrobił na niej interesu - a cele mieli bardziej biznesowe, niż osiedleńcze.
W innym miejscu są jakieś resztki słupów ogrodzeniowych i schodków. Kiedyś stał tam drewniak (Dworska miała w większości drewnianą zabudowę, która w znakomitej większości poszła z dymem podczas ciężkich walk w 44, razem z sadami i lasami), a w ogrodzie podobno pochowanych zostało dwóch Węgrów. Walczyli po stronie Niemiec, mieli swoje działa, ale niemiecką amunicję, której działko nie wytrzymało i rozerwało się, zabijając załogę.
Wojna, a raczej czołgi, wytyczyły zresztą zupełnie nową ulicę - Lidzbarską, którą dojść można do Choszczówki. Nie doczekała się nigdy utwardzenia, ale jest świetna na spacer czy wycieczkę rowerową.
Wieś rycerska znana była od 1425 roku, różnych miała właścicieli, z królem Janem Kazimierzem włącznie, a w 1919, kiedy zaczynają się jej współczesne dzieje, należała do hrabiego Reja (z tych Rejów - dodał Historyk). Rej wyprzedawał ziemię, dokonując wcześniej parcelacji za pomocą inżyniera Nowaka, który wytyczył w tym miejscu całkiem zgrabne letnisko. Działki miały po dwa tysiące metrów, miało być targowisko, kościół, szkoła, boisko, szerokie ulice łączyły ronda. Jeden z głównych traktów nazwano Zakopiańską (dziś Ambaras), jest też Ciupagi i inne góralskie uliczki.
Szkoła jest, acz w zupełnie innym miejscu, niż planowano. Wcześniej dzieciaki uczyły się w powszechniakach w prywatnych domach, albo posyłano ich do sióstr na Płudy. Zresztą, obecna tysiąclatka powstała również w pewnym stopniu dzięki siostrom - przekazały one na ten cel część swojej ziemi, tej obok zarastającego sosenkami pola. Pole uprawiane było podobno jeszcze w latach osiemdziesiątych, zostało siostrom oddane w użytkowanie pod warunkiem, że go nie sprzedadzą - takie, w każdym razie, ploty chodzą po osiedlu.
Kościoła nie ma. Parafialny jest w Płudach, na Pasterkę i przy innych większych okazjach można przyjść do sióstr, do kaplicy Domu Dziecka. Dom, o wdzięcznej nazwie "Bożyczyn", był przez jakiś czas filią domu z Płud, "stary" dziś budynek widoczny od Wałuszewskiej budowany był na gwałt około 1925 roku, kiedy, dowiedziawszy się, że siostry kupiły parcelę z dwiema zrujnowanymi willami, przysłano do nich około setki dzieci pod opiekę. W czasie wojny musiały się przenieść do budynków gospodarczych, bo w domu był niemiecki szpital polowy, przejście frontu w 44 przeczekiwały z dziećmi w piwnicach w Płudach pod ostrym ogniem.
Była poczta - wcale nie na Pocztowej, tylko na Majorki. Przeniesiono ją potem w okolice Zakładu Karnego, bo tam więcej było przesyłek. Był też klub sportowy Junak, który mieścił się przed wojną tam, gdzie dziś przychodnia. I kostnica w latach siedemdziesiątych, tam, gdzie można jej się spodziewać, czyli na tyłach Domu Opieki.
Rolę targu pełnił długi drewniany dom na Majorki, tam zresztą do tej pory mieści się swoiste centrum handlowe osiedla, choć w murowanych już budynkach.
Biblioteka zaś przeniosła się przed paroma miesiącami z przytulnego drewniaka, w którym, jak tłumaczy Historyk, uśmiechając się do wspomnień z dzieciństwa, była "od zawsze", do miejsca w Dworskiej niegdyś nie do pomyślenia - osiedla zwartej, gęstej zabudowy przy Wałuszewskiej.
Park - a po co tu park? Zamiast parku sadzono lasy - właściwie od lat pięćdziesiątych, w czynach społecznych, do późnych lat osiemdziesiątych. Miejscami widać pas drzew wyraźnie młodszych od okolicznych - to nasadzenie na wodociągu północnym, którym Warszawa ciągnie wodę z Narwi. Lasy są piaszczyste, bo tu właśnie są najwyższe łachy wiślane w okolicy. Pięknie wyglądały jesienią...


środa, 3 grudnia 2014

Secesja w Warszawie

Secesji w Warszawie prawie nie ma.


Siedzi Chopin w Łazienkach - Chopin jest secesyjny, przez co zresztą nie spodobał się po postawieniu. Pytano, po co mu wierzba z brązu, jakby żywej nie można było obok posadzić (NB wierzba z góry przypomina dłoń pianisty).


Jest parę - ale dosłownie parę - kamienic w Śródmieściu Południowym z secesyjnym elementami - przy Lwowskiej, Bagateli, Alejach Jerozolimskich. Jest klatka schodowa kamienicy przy Targowej, zadomofiona bardzo skutecznie. Jest elewacja hali na Koszykach (bo samej hali już nie ma), jest bank Landau na Senatorskiej, o istnieniu którego dowiedziałam się, dopiero przygotowując się do pisania tego postu (i faktycznie trzeba o nim WIEDZIEĆ, żeby go znaleźć - osiedle na tyłach Błękitnego Wieżowca nie daje żadnego sygnału, że skrywa secesję). Jest kamienica na rogu Alei i Poznańskiej.
Sporo kamienic, które wg mnie mają ewidentnie płynące cechy, opisane jest w przewodnikach jako wczesnomodernistyczne. Różnicy rozgryźć mi się nie udało, w atlasach architektury przykłady wczesnego modernizmu nie mają dekoracji z liści akantu czy stokrotek, ani półokrągłych mansardek ze ślimaczkami. Ale ja się nie znam.


Nie ma żadnej secesyjnej willi, dworku, pałacyku. Oczywiście, można to tłumaczyć wojennymi zniszczeniami. Poza tym w dwudziestoleciu Art. Nouveau przestało być modne i skuwano wręcz falujące, kwietne zdobienia, żeby upodobnić budynek do szlachetnego w swej prostocie modernizmu. Poza tym w Polsce akurat styl dworkowy był bardziej rozpowszechniony, jako powrót do korzeni i podkreślenie świeżo odzyskanej niepodległości.
Mimo to - jestem zdziwiona, zwłaszcza po Moskwie, w której secesji jest od licha i trochę. Może za krótko secesja była popularna, i kiedy już dotarła do prowincjonalnej Warszawy mieliśmy już inne rozrywki, w rodzaju I wojny? Nie wydaje mi się. W końcu eklektycznych ostańców w przełomu wieków trochę nam się ostało :)

wtorek, 2 grudnia 2014

Balet Ejfmana

W Moskwie chętnie oglądałam polskie spektakle, dzięki znajomościom w Instytucie Polskim można było dostać bezpłatną wejściówkę albo chociaż niedrogi bilet. 
W Warszawie... oglądam przedstawienia rosyjskie.
Na takiego Ejfmana w Moskwie na przykład nie szło kupić biletów. Nie powiem, że w Warszawie ta sztuka była łatwa - mówiąc szczerze, wizyta w kasie Teatru Wielkiego była dla mnie lekkim szokiem. Albowiem ponieważ chadzałam do niego - z rzadka, ale chadzałam - bez najmniejszych problemów na wejściówki, siadając potem na drogich miejscach pierwszego rzędu na balkonie. Rozumiałam, że takie rozwiązanie nie przejdzie w przypadku występów gościnnych, ale nie spodziewałam się, że z dzieciakiem do opery w tym sezonie to ja się raczej nie wybiorę, jeśli nie zadbałam o to w czerwcu. A zamierzałam kupić bilety na coś dzieciakowego, oprócz Eifmana. Dostanie się do Bolszoja było prostsze...

Teatr Wielki zaskoczył mnie znów w foyer. Właściwie nie było dżinsów i innych ubrań każualowych. A nawet te jedne widziane przeze mnie dżinsy założone były do marynarki. Moskiewskie przybytki Melpomeny się bardziej wyluzowały pod tym względem - z Bolszojem włącznie.
Poza tym pełno tam było Rosjan. W bardzo różnym wieku - od dziewcząt do starszych państwa. Rosjan tutejszych, warszawskich, bo ze znajomymi rodakami rozmawiali surżykiem. Cóż zresztą się dziwić - zarówno balet, jak i Dostojewski ("Po drugiej stronie grzechu" to balet napisany na podstawie "Braci Karamazow") to dla większości Rosjan tematy nieobce, choćby dlatego, że zmuszani byli do tego w szkole :) 

A sam spektakl jest ciekawy. Ejfman co roku wymyśla coś nowego - "ekranizuje", znaczy na scenę przenosi i w taniec przemienia - wielkie powieści, takie, których się sfilmować nie da, nie mówiąc już o "zbaletowaniu". A w sumie mu się udaje. W każdym razie, ledwo pamiętając "Braci" (Dostojewski nie należy do moich ulubionych pisarzy), wiedziałam, o co chodzi, a tam, gdzie nie pamiętałam - odbierałam bardzo mocny sygnał emocjonalny, więc i tak wiedziałam, o co chodzi. 
Spróbujcie w przyszłym roku kupić bilety.


poniedziałek, 1 grudnia 2014

Koń na Syrenie

Co robi końska głowa na budynku Teatru Syrena?
Ile numerów ma ulica św. Teresy?
Gdzie była najwytworniejsza ślizgawka Warszawy i odbywały się najprzedniejsze bale?


Tego wszystkiego można się dowiedzieć, zbaczając z utartego szlaku komunikacji miejskiej w ulice między Marszałkowską i Ujazdowskimi. Na Litewskiej, na przykład, obok Instytutu Higieny Dziecięcej, tylko trochę bliżej Szucha, mieściła się całoroczna ujeżdżalnia, przerobiona potem na teatr.
Przy Koszykowej zaś znajduje się nie tylko jedna z najprzyjemniejszych - od przeniesienia BUW - warszawskich bibliotek. Drewniane ławy i lampy z zielonymi kloszami w czytelni głównej Biblioteki na Koszykach emanowały spokojem i cierpliwością tysięcy ludzi, którzy się przy nich uczyli, pomagając bardziej, niż zaciszne stoły pochowane między regałami nowego gmachu uniwersyteckiego, nie mówiąc już o bezdusznych dość czytelniach Narodowej. No, ale o bibliotece na Koszykach wszyscy wiedzą, a ja napisałam "nie tylko" - bo wystarczy odbić w bok paręset metrów dalej, żeby trafić na dwie małe uliczki - aleję Przyjaciół i ul. św. Teresy. Przy św. Teresy jest tylko jeden budynek, po parzystej stronie :), a przy alei Przyjaciół jest piękny dom pod trójką, jak pan Corbusier przykazał, na słupkach, z żaglem na dachu, autorstwa Żórawskiego.
A wcześniej jeszcze jest aleja Róż, tam mieszkało od licha i trochę poetów, np. Gałczyński, i różni oficjele, podobno np. Bierut. A w czasie wojny różni ważni Niemcy, w tym niezbyt przyjemni, jak Franz Kutschera. Willa przy alei Róż była celem wypraw ferajny z Cafe pod Minogą, a pod numerem pierwszym od wojny do 2008 roku mieściła się ambasada Wielkiej Brytanii - podobno teraz ma tam być hotel. I w ogóle ambasady lubiły te okolice, bo ładnie tu, zacisznie, a do centrum bliziutko.
Dawno, dawno temu właśnie tam znajdowała się Dolina Szwajcarska, ulubione miejsce zabaw i wypoczynku, z teatrami i teatrzykami, lodowiskiem, pałacykiem na imprezy, salą koncertową i w ogóle. Szwajcarska, bo stały tam drewniane chatki z kiełbaskami i innymi frykasami, w stylu alpejskim. Teraz została tylko Dolinka - skwerek miły, ale maluteńki.
I jeszcze bardzo lubię Mokotowską. Też ma parę niespodzianek, na przykład przecznicę Jaworzyńską, która jest skromna jak podwórko, albo rokokowe cacko pałacyku cukrowników, albo kamienicę "Krakowiacy i Górale". A w jednej przecznicy skryła się szkoła Platerówek, od zawsze w tym samym budynku.

Właściwie można tam godzinami brodzić i fotografować detale, i wynajdywać ciekawostki. W każdym innym mieście byłaby to ot, kolejna dzielnica z przełomu wieków, zabudowana nudną, w gruncie rzeczy, masówką, bez jakiejś szczególnej wartości architektonicznej. W Warszawie to bezcenne pamiątki przedwojennej przeszłości, i jakiś zagramaniczny turysta dziwiłby się pewnie niepomiernie, czym my się tak zachwycamy...

sobota, 29 listopada 2014

Pedałowanie

Na zimowe pedałowanie zaopatrzyłam się byłam w opaski diodowe z Lidla (jedną oddałam psu Przelatka, bo czarnego malucha nie widać w ciemnościach), nowe dynamo (poprzednie starłam do cna zaledwie po tysiącu kilometrów), lampki sygnałowe, odzież funkcyjną (również z Lidla), softshell i niby-puff (ze sklepu dla turystów), kamizelkę odblaskową i inne takie, żebym się świeciła jak choinka wielkanocna. Przerzutki i hamulec mam w piaście, więc mam nadzieję, że nie będą mi odmawiać posłuszeństwa.

Zaopatrzyłam się też w słuchawki - po drodze słucham sobie o szemranym życiu niegdysiejszej Warszawy, albo o jej życiu intymnym (to ostatnie to typowy chwyt marketingowy - mowa jest po prostu o spędzaniu czasu wolnego), albo o Powstaniu, zarówno z punktu widzenia Rudego, Alka i Zośki, jak i z punktu widzenia Maniusia z Cafe pod Minogą, albo Dzienników Tyrmanda, albo wspomnień żony wieloletniego ambasadora USA w Polsce, pani Davis. Żałuję przeogromnie, że "Korzeni Warszawy" nie ma na youtube, bo ta seria stanowi ostatnio moją ulubioną lekturę. Na znanej trasie czuję się ze słuchawkami bezpiecznie i nawet jestem w stanie odbierać przekaz :D

Jakby ktoś Wam wmawiał, że rower świetnie robi na figurę, to mu/jej nie wierzcie. Po pierwsze, jeść się po nim chce. Po drugie, jeżdżę, jeżdżę od miesięcy i efektów nie widzę :(

piątek, 28 listopada 2014

Jak mówić, żeby dzieci słuchały?

Jako rodzice niewydolni wychowawczo wybraliśmy się na odpowiednie kursy. Uczą nas tam rozmawiać ze swoim dzieckiem, stawiać mu granice i wyciągać konsekwencje. Staramy się stosować poznane metody. Po dwóch miesiącach wychodzi nam to tak:


Przelatek wraca ze szkoły ze łzami w oczach.
- Przelatku, wydaje mi się, że spotkała Cię jakaś przykrość?
- Zejdź ze mnie.
- Martwię się, kiedy płaczesz, a ja nie wiem, co się dzieje.
- Myślisz tylko o sobie!


Przelatek odkrył kolejna psią kałużę pod biurkiem.
- Co za durny kundel!
- Jesteś zła na psa?
- Czy możesz nie rozmawiać ze mną zdaniami z podręcznika? Mówiłam, że wam na tych kursach tylko siana do głowy nakładą!


Przelatek wybiera się do szkoły. Przypominam o kurtce - na dworze około zera. Przelatek mnie olewa, powtarzam więc groźniejszym tonem.
- Biedna, naiwna mamusia, - łagodnie, z politowaniem mówi Przelatek - ona naprawdę myśli, że jak każe mi założyć kurtkę w domu, to ja jej nie zdejmę jeszcze w windzie...
Następnego dnia wychodziła do szkoły później, niż ja do pracy. Padał śnieg z deszczem, dziecko miało na sobie krótkie spodenki, t-shirt i badziewny softshell z Lidla... 

czwartek, 27 listopada 2014

Hoża Blondynka

Jak tylko wyrwałam się spod matczynych skrzydeł, wioząc w ojcowskim plecaku ze stelażem bigos i fasolkę do Warszawy, zafarbowałam sobie włosy. Na blond. Samodzielnie, rozjaśniaczem Joanny. Efekt był piorunujący.
Mimo uniwersyteckiego indeksu, który nosiłam w torbie, żółte siano na głowie musiało jakoś wpływać na zawartość samej łepetyny, inaczej bowiem nie da się wytłumaczyć faktu mieszkania w przedwojennej kamienicy na Koszykowej w czasie studiów i odkrycia jej najbliższego otoczenia dopiero teraz, kiedy studia wybiera sobie moja córka. Ewentualnie to szklane opakowanie fasolki wpływało na stan umysłu.
Przelatek, świadoma, iż wyboru ostatecznego przyjdzie jej dokonać za jakieś 9 lat, waha się na razie między fizyką a stosunkami międzynarodowymi. Ja postanowiłam już teraz zwizytować na wszelki wypadek Wydział Fizyki UW, a przy okazji tereny Politechniki, bo dziecię chce być wynalazcą. Może pójdzie w moje ślady i wybierze sobie kierunek, o którym wszyscy pytają "a co to jest"? Ja studiowałam lingwistykę stosowaną, ona może mechatronikę...

Jeszcze w połowie XIX wieku tereny na południe od Alej Jerozolimskich to była wiocha. Zacznijmy od tego, że w ogóle Warszawa była wiochą, prowincjonalnym miastem gubernialnym gdzieś na zachodzie Imperium Rosyjskiego. Rogatki Jerozolimskie były na placu Zawiszy, Mokotowskie do tej pory stoją na placu Unii, Marymonckie były tam, gdzie plac Wilsona - okopy Lubomirskiego można na rowerze objechać w godzinkę, a potem jeszcze trzydzieści minut pedałować wzdłuż Wisły, ewentualnie skoczyć na drugą jej stronę do rogatek Moskiewskich i Petersburskich. Mokotów, Ochota, Żoliborz, Wola - dzielnice, z dumą podawane jako adresy rodowe przez warszawiaków "z dziada pradziada" - zostały do miasta przyłączone w 1915 roku, czyli ci pradziadowie to raczej na przedmieściach mieszkali, a ówczesna Hoża to taką Białołęką była :D

Zabudowywana była na przełomie wieków tak samo jak Białołęka sto lat później - bardzo gęsto, tanimi czynszówkami, poprzetykanymi gdzieniegdzie fabrykami. W kamienicach frontowych mieszkali lekarze (tu zresztą przeniesiono szpital Dzieciątka Jezus ze Szpitalnej), adwokaci i tacy tam, w oficynach biedota (doktorek płacił za wynajem nawet pięćdziesiąt razy więcej niż szewc). Przy Hożej 51 istniała destylarnia wódek, potem drukarnia Orgelbrandów, szpital polowy, fabryka papierosów, a na końcu - aż do 2010 roku! - fabryka serów topionych Serwar. Dzisiaj zajmują ją, jak wszelkie pofabryczne miejsca, modne knajpki, teatr i inne artystowskie sklepiki. Podobnie jak zresztą przy Emilii Plater (niegdyś Leopoldyny) - tam, gdzie teraz jest buddyjska kawiarnia, kiedyś była odlewnia zakładów aparatów miedzianych Adolfa Witta, do dziś stoi tam komin z inicjałami właściciela.

Śródmieście Południowe nie poniosło takich strat, jak Północne - kamienice były wyburzone w szachownicę - zostawało parę i po parzystej, i po nieparzystej stronie ulicy. Budowano je dość późno, już w XX wieku, miały więc nowoczesne stropy i niepalne klatki schodowe. "Moja" przy Koszykowej była wypalona, dość znacznie ją po wojnie przebudowano, ale istnieje. Ostańce przy Wspólnej, Pięknej, Pańskiej są teraz w większości dość pieczołowicie odnawiane przez prywatnych inwestorów, którzy urządzają w nich biura, wykwaterowując mieszkańców - przeciwko czemu protestują m.in. squattersi z Wilczej.

Nieoczekiwanym ostańcem jest dom przy Marszałkowskiej 81, który kiedyś był drugą, albo i trzecią oficyną kamienicy przy "starej" Marszałkowskiej - otynkowany i pomalowany właściwie nie odróżnia się od mdmowskich sąsiadów, a przecież kryje fantastyczne podwórko z kapliczką.

środa, 26 listopada 2014

Zapaleńcy Białołęki

- Mamo, a wiesz! - z roziskrzonym wzrokiem wołała Przelatek - a wiesz, co oznaczają winogrona na nagrobku, mamo? Na cmentarzu w Tarchominie? Wiesz, mamo?

Zastanowiłam się chwilę i przypomniałam sobie grób Josepha Labeya, który też mi się spodobał, kiedy zwiedzałam nasz cmentarz, i pytałam o niego Historyka. Labey był właścicielem winnic na wydmie, tam, gdzie teraz las między nekropolią i białołęckim Ratuszem, i po drugiej stronie Modlińskiej, tam, gdzie dziś osiedle... Winnica, oczywiście.

- Mamo, i jeszcze tam była taka pani, co była chora, lekarze jej zabronili wstawać, a ona wstała jak mąż był  w pracy, i dzbanek jej wypadł z rąk i padła martwa! I mąż przychodził na grób i włączał jej muzykę, bo ona lubiła!
- I wiesz, jak nas pytali o powstańców, to ja opowiedziałam tą historię o aptece na Krakowskim Przedmieściu, co Gryf ją napadł, żeby zabrać bandaże! A wiesz, że powstańcy są pochowani na Białołęce?

- Ten pan, Włodkowski Bartłomiej, to widać, że on to uwielbia! Aż tańczył, jak nam to opowiadał! I ubłagaliśmy naszą panią, żeby go znowu zaprosiła! 

To prawda, Bartek Włodkowski to uwielbia. I robi bardzo dużo dobrego, m.in. poprzez Fundację Ave. Mamy w dzielnicy ludzi, którym się chce, i na dodatek obdarzeni są charyzmą, która pozwala im swoje pomysły realizować.
Dzięki, Bartku!




P.S.
Warto, bardzo warto odwiedzić cmentarz tarchomiński. Ma długą, co najmniej dwustuletnią historię. Można na nim znaleźć kilka perełek sztuki funeralnej z XIX wieku, i groby ludzi różnych wyznań - ewangelików, katolików rzymskich i polskich... Trzeba czasem dobrze się nachodzić, naprzeciskać pomiędzy nagrobkami, bo cmentarz od dawna za ciasny, a po dziś dzień czynny, ale warto!

wtorek, 25 listopada 2014

Na południu nie ma czasu

Kiedyś mieszkałam tuż obok hali na Koszykach. Wynajmowałyśmy z koleżanką półtora pokoju u przemiłej starszej pani, która opowiadała nam fascynujące historie, o ile była w domu - bo była to najaktywniejsza staruszka, jaką znałam. Chodziła na brydżyka albo urządzała go u siebie - ubogie studentki dostawały wtedy odrobinkę tego czy owego, a gotowała przedstawicielka znakomitego wileńskiego rodu wspaniale. Za przetarcie z kurzu imponującej kolekcji dzbanuszków do kawy przed świętami można było dostać dla rodziców kawałek najlepszego na świecie mazurka pomarańczowego albo wybitnego, kruchego pasztetu, mielonego na starej radzieckiej maszynie, w tym celu tylko wyjmowanej z przepastnych, przedwojennych szaf kuchennych. Jeździła na koncerty do Radia, a raz urwała się w góry na parę dni, nie informując o tym rodziny i wprawiając ją w niezły popłoch. Kiedyś pomagałyśmy jej znieść jakieś bambetle do piwnicy - gotycko sklepione podziemia miały podobno połączenia z sąsiednimi kamienicami i można nimi było przejść co najmniej do szpitala na rogu ulicy.

Na Koszykach były klimaty. Starsza pani, o nienagannej figurze, bywała czasami zaczepiana wieczorami przez panów, szukających dziewcząt spod Marriottu (Hoża i okolice słynęły z, hmm, autostopowiczek). Przepraszali, jąkając się, kiedy się do nich odwracała. Na Koszykach usłyszałam najmilszy komplement w życiu - kiedy mrocznym listopadowym porankiem szłam do pracy, nieszczęśliwa, bo ciemno, zimno i do domu daleko - koleś spod całodobowego monopolowego wymamrotał do kumpla z pijanym zachwytem: "ty, patrz, ale kuuuuurwa idzie!".

Nie doceniałam wtedy przedwojennego uroku zachowanego Śródmieścia. Nie wiedziałam, że secesyjne i eklektyczne perełki Lwowskiej, Poznańskiej, Mokotowskiej, placu Politechniki, Bagateli czy Flory, niezrozumiała francuska gwiaździstość placów to rzecz w Warszawie unikalna. Zresztą, uczyłam się, pracowałam, pisałam pracę magisterską - czasem tylko trafiałam w miejsce i czas absolutnie magiczny - na przykład pusta aula Politechniki o wschodzie słońca, albo jakaś klatka schodowa z witrażowym okienkiem, albo latarnia w bramie, którą chodziło się na skróty do ujęcia oligocenki.
Teraz szukałam tych miejsc z premedytacją - z premedytacją nie da się ich znaleźć. Magia czy genius loci ujawnia się niespodziewanie, w wyjątkowo przychylnym zbiegu okoliczności. Trudno o taki zbieg, kiedy się pędzi uliczkami z aparatem, adres jest zupełnie "nie po drodze", a w domu czeka dziecko...


poniedziałek, 24 listopada 2014

To dziwne, ale tęsknię...

Wiecie co?
Zaczęłam tęsknić do Moskwy. Na moim starym blogu widget pogodowy wskazuje w rosyjskiej stolicy -7 stopni i lekki śnieg. Nudny korek na Wisłostradzie nijak się ma do agresywnego, pełnego klaksonów i wariatów zatoru na Sadowym. Rozmowa telefoniczna z byłymi sąsiadami przypomniała mi specyficzną atmosferę naszej klatki schodowej i gałąź, na której wieszałam gadżety pór roku w służbowym mieszkaniu.
Zatęskniłam do siebie samej sprzed roku-dwóch, do atmosfery tamtego miasta, do tamtych chodników, do tamtego metra, tamtego tłumu. Nagle sobie to wszystko przypomniałam.

Ciekawe...

niedziela, 23 listopada 2014

O wadach czytania przewodników (między torami)

Mój osobisty Historyk ma fijoła na punkcie pociągów, lokomotyw i torów. Po dziesięciu latach małżeństwa też do mnie przemówiła ta poetyka, a że autor Pascalowego przewodnika także wykazywał elementy fascynacji kolejami żelaznymi, uległam plastycznemu opisowi rowerowej trasy przez Odolany, na której zebrać miałam - wg wspomnianego autora - również materiał fotograficzny do tezy, że Warszawa to wiocha, w postaci stuletnich drewnianych chat wiejskich.

Efekt: bliskie, choć niegroźne, spotkanie z autochtonami o facjatach świadczących o cierpieniu na choroby zawodowe dyplomatów*, pięć złociszy do tyłu, wydane na prostowanie drutów przedniego błotnika**, doskonały antycellulitowy masaż siodełkiem piątego, jak to mówią Rosjanie, punktu oparcia, i parę zdjęć sympatycznych osiedli kolejarskich - przedwojennego przy Armatniej, i powojennego - Przyce. Tego powojennego nie sfociłam, zrobiłam za to zdjęcie przystanku kolejowego przy osiedlu - jedyny w swoim rodzaju.

Na Armatniej zachwyciłam się wiaduktem, i słusznie! Okazało się powiem, że to "paraboliczny wiadukt sklepiony drogi żelaznej warszawsko-kaliskiej", niósł kolej szerokotorową i jest jednym z dwóch zachowanych zabytków tego typu! Pozostałe rozwalano przy okazji zmiany szerokości torów. Ten się ostał, bo w międzywojniu wyłączono już ten odcinek z użytkowania.

Reszta warszawskiego obszaru Odolany składa się głównie z obiektów kolejowych i torów. A potem zaczynają się Włochy.
Stuletnich chat wiejskich nie stwierdzono.




*Do chorób zawodowych dyplomatów zalicza się podobno żylaki (od przyjęć na stojąco) i alkoholizm (od całej reszty).
** Ulica Gniewkowska wybrukowana była trylinką. Bardzo, bardzo dawno temu. Bardzo, bardzo starą trylinką.


piątek, 21 listopada 2014

O korzyściach czytania przewodników (w podwórkach)


Ja już od pewnego czasu wiedziałam, że najciekawsze rzeczy są w podwórkach. Ale nie miałam bladego pojęcia, że w Śródmieściu Północnym też są podwórka.  Uszczegóławiając, nie miałam pojęcia, że podwórka istnieją między, z grubsza, Starówką, Marszałkowską i skarpą wiślaną.
Miałam świadomość, że z obszaru tego zostało bardzo niewiele, że Nowy Świat jest "wariacją na temat", że plac Powstania Doniczek to nówka sztuka nieśmigana, za wyjątkiem Prudentialu, że jakieś ostańce tam się ostały, ale...

No i natknęłam się na przewodnik Pascala o Warszawie, autorstwa, bodajże, Adama Dylewskiego. Może nieco po łebkach potraktowane są w nim dzielnice odleglejsze od Śródmieścia (im bardziej odległe, tym bardziej po łebkach, co oczywiste), ale ścisłe centrum opisane jest dość dokładnie. W każdym razie Dylewskiego też fascynowały podwórka.


Znalazłam więc miasteczko za jedną z bram Nowego Światu, utrzymane w poetyce Mariensztatu, bo i również Stępińskiego dzieło, z żartobliwym ratuszem z wieżą zegarową. Znalazłam surową w swej prostocie ul. Gałczyńskiego, z ostańcem na rogu Ordynackiej. Znalazłam skomplikowane podwórko w okolicach Górskiego 1/3/5, a właściwie trzy połączone podwórka, z niezależnymi oficynami, ewidentnie przedwojennymi, z przejściem na Chmielną. Pobrodziłam w kwartale Chmielna/Bracka/Jerozolimskie/Nowy Świat, odkrywając pałacyk z domkiem ogrodnika (czy budką ochroniarza?) i opuszczony budynek restauracyjny. Przypomniałam sobie Widok, a pośliniwszy się trochę przy Wedlu i skuliwszy się Pod groźnymi Orłami (które pilnują banku, ale nie upilnowały niegdyś (w 1964) przedświątecznego utargu z CDTu - zwinęli go nieznani sprawcy, zabijając konwojentów, którzy wieźli go pod orły) - udałam się na Sienkiewicza, pełną kamieniczek ze śladami dawnej elegancji.


Warto, bardzo warto zaglądać w podwórka. 

czwartek, 20 listopada 2014

Spódnica za kolano i szpilka 12 cm...

To, że pracuję teraz w Warszawie, nie znaczy, że przestałam interesować się Rosją.
W Petersburgu wprowadzono niedawno rekomendacje dreskodowe dla niemundurowych pracowników Policji. Dokument dotyczy przede wszystkim pań, i sugeruje rezygnację z minispódniczek, odkrytych brzuszków, koronek, dekoltów, siatkowych rajstop, zielonych włosów, perfum, powodujących dyskomfort u otoczenia, krzykliwej biżuterii i tak dalej i tak dalej.
Wszystko jasne, tylko dlaczego...
dlaczego wysokość obcasa ograniczono do 12 cm?
12 cm ma iPhone5, wg serwisu Fontanka.ru, który poświęcił artykuł policyjnym ciuchom.
Może ktoś ma słabość do szpilek?




P.S. Jak się odmienia dress code? A jak od dress code'u utworzyć przymiotnik? A jak to ładnie po polskiemu napisać?

środa, 19 listopada 2014

Gdzie tramwaje pętle mają, z gumy robią trzcinę, a rzymskie kolumny podpierają polskie kościoły





Pierwsza w Warszawie zajezdnia tramwajowa była na Inżynierskiej. Pierwszą praską zajezdnię tramwajów elektrycznej (największą w Warszawie) zbudowano w 1925 roku na Kawęczyńskiej, w Michałowie, tudzież na Szmulowiźnie. Szmul miał na imię Samuel, a na nazwisko Sonnenberg, i był najbogatszym gościem w okolicy. Kumplował się ze Stanisławem Augustem, a do jego potomków zalicza się Henryk Bergson.
Zajezdnię Niemcy wysadzili w powietrze, ale odbudowywać ją zaczęto jeszcze w trakcie Powstania.

Obok niej jest fajna chawira, chyba socrealistyczna, a na przeciwko - również socrealistyczna, tyle że skromna w wyrazie, ogólnokształcąca szkoła muzyczna, do której nie dostała się Przelatek :( A kilkanaście metrów dalej - drewniana oficyna Burkego z 1900 roku, jeden z ostatnich drewniaków w okolicy.

Na końcu zaś ulicy - ślicznie wybrukowanej, niedawno odremontowanej - olbrzymia, zupełnie nieoczekiwana w tym otoczeniu bazylika. To właśnie ją widać z okien pociągów, zbliżających się od wschodu do... Wschodniej. Największy przedwojenny kościół został zbudowany, żeby... wykorzystać kolumny bazyliki św. Pawła za Murami w Rzymie, które okazały się za krótkie dla włoskiej świątyni, więc na początku ubiegłego stulecia pani Radziwiłłowa przekazała je Warszawie.

Jeśli zaś skręcić w Otwocką, znaleźć można fabrykę pepegów, konserw i marmolady (kolejność odwrotna do chronologicznej), w której obecnie robią kulturę - czyli Centrum Artystyczne Fabryka Trzciny. Nie, trzciny tam nie robiono, tylko Trzcina (Trzciński) tam robi :)

Pewną przesadą byłoby twierdzić, że widziałam w okolicy tyle Policji, co na dworcu Centralnym w dzień meczu Legii z Wisłą, ale przy każdej bytności (a bywałam, ze względu na starania o przyjęcie do OSM, często) natykałam się na spacerujący patrol. A na menelstwo się nie natykałam. Ot, zagwozdka.







wtorek, 18 listopada 2014

Bania w Warszawie

Choróbsko zmusiło mnie do korzystania z komunikacji miejskiej, póki nie odzyskam pełnej wydolności oddechowej. Okazało się, że nie cierpię komunikacji miejskiej :) Z drugiej jednak strony, była bardzo przydatna, bo miłe ekraniki reklamowały promocję w ruskiej bani na Warszawiance. A bania, jak powszechnie wiadomo, to miejsce idealne na wyganianie chorób ciała i duszy. Postanowiłam zaryzykować.

Z pewną taką nieśmiałością spakowałam peeling, glinkę, fajne mydło i balsam, bo zdjęcia nie nastrajały optymistycznie. Odważniej wrzuciłam do torby filcową czapeczkę, prześcieradło i witki dębowe. Z ciężkim westchnieniem przygotowałam kartę płatniczą.

Okazuje się, że kompleks bani, w zamyśle osobny, został dołączony do kompleksu odnowy biologicznej, czyli zespołu saun wszelakich. Do tego w środy jest dzień damski i nie ma obleśnych staruchów z siusiakami na wierzchu. Do tego w ogóle jest promocja 50% dla pań i za dwie godziny bannych rozkoszy zapłaciłam 35 zeta, co jest ceną bardzo, bardzo przyjemną.
I dobrze.

Bo sama bania na Warszawiance jest do bani. Po pierwsze, może w środy nie ma obleśnych staruchów, ale obsługa baru jest jak najbardziej męska, i na dodatek ubrana. Masażysta od witek też był facetem, postawiłam więc na samoobsługę.
Po drugie, nie ma banszczika, który pilnuje pieca, robi parę i w ogóle. Piec jest dziwny i ma coś w rodzaju węgli na górze, i nie nalewa się wody do pieca, tylko na piec, i nie ma czym jej nalewać, bo nie było cebrzyka i chochli.
Po trzecie, w ogóle nie było cebrzyków - gdzie miałam namoczyć witki?
Po czwarte, nie było części zwaną "mylnią" - były prysznice, owszem. Ale absolutnie nie było miejsca na indywidualne i samodzielne rytuały piękności.
Po piąte, podłoga parzyła, zwłaszcza na półce. A klapki należało jednak zostawić na zewnątrz...
Po szóste, jest co prawda barek, ale nie ma w nim za grosz intymności, którą dawały "kabiny" w bani w Moskwie. No i herbat tam mają zdecydowanie za mało.

Spodobał mi się za to bardzo mały basenik na dworze, do którego można radośnie wskoczyć prawie prosto z ciemnego, rozpalonego wnętrza.

Podsumowując: klimat bani nie umywa się do oryginału. Funkcje zdrowotne i ogólnorelaksacyjne zostały jednak zachowane, te ostatnie zwłaszcza dzięki połączeniu z centrum odnowy. Czy warto do Wodnego Parku jeździć z Białołęki? Chyba nie...

poniedziałek, 17 listopada 2014

Stara Praga

Po uruchomieniu metra możemy bez przeszkód podziwiać Targową, główną ulicę Starej Pragi. Regularnie nią jeździłam, Targową i jej przyległościami, nie przejmując się zupełnie opiniami o rzekomym (czy rzeczywistym) niebezpieczeństwie. Stara Praga zrobiła się modna i mnóstwo tam takich freaków, jak ja. Często można zobaczyć chasyda w charakterystycznym ubiorze, w towarzystwie standardowo odzianego przewodnika, albo parę ewidentnie "zachodnich" turystów z mapą w ręce i obłędem w oczach. Miejscowi przywykli i nie zwracają już żadnej uwagi.

Mnie zawsze najciekawszymi zdają się ludzie i ich historie. Nie mam jednak odwagi, żeby zaczepić tubylców - nie tylko praskich, gdziekolwiek. Zawsze obawiam się, że będą urażeni, poczują się potraktowani jak eksponat w zoo. A czasami... wstyd mi za rodzaj ludzki, tak jak wtedy, kiedy za słodkimi aniołkami na rogu Ząbkowskiej zauważam barłogę jakąś, łapserdaka, moczymordę, co do wyraźnie pod ankoholem, na bańce znaczy całkowicie, walają się przy nim butelki po alpadze, czy innym balsamie czystej-ojczystej, a ten kima ucięty, ze sztanami spuszczonymi, aż mu wałek widać. I po co tu takiego fotografować, jakby w innych dzielnicach czy miastach takich nie było...

Zostają mi więc na Pradze budynki. One też są niełatwe, też "zoologiczne". Bramy mają połamane domofony, więc łatwo jest zajrzeć w podwórko i... zdziwić się. W jednym będzie stała kapliczka, w innym leżał pijak, kolejne wygląda dokładnie tak, jak w '44. Praga krótko brała udział w Powstaniu, nie uległa więc tak katastrofalnym zniszczeniom, jak lewy brzeg. Wygląda... trochę jak przed wojną, a trochę nie. Niektóre kamienice po prostu od stu lat nie doczekały się remontu, a tego żaden tynk nie wytrzyma. Inne nigdy otynkowane nie były...

Przedwojenna historia murowanej Pragi jest dość krótka. Miasto, a raczej jurydyka, istniała tu niemal tak długo, jak miasto na prawym brzegu. W 1791 jurydyki zniesiono, a Pragę przyłączono do stolicy. W 1862 roku zbudowano dworzec Petersburgski (Wileński), pięć lat później - Terespolski (Wschodni), sałata (dorożkarze) kursowali od jednego do drugiego i na drugi brzeg, do Warszawsko-Wiedeńskiego, po moście Kierbedzia, który stał na miejscu Śląsko-Dąbrowskiego od 1864 do wojny. Oprócz dużych dworców łączyły się tu linie trzech wąskotorówek - do Marek, do Radzymina i Wawer-Jabłonna. Stacjonowało wojsko, miało cerkiew Marii Magdaleny (1869), katolicy mieli kościół św. Floriana (1891), starozakonni kilka synagog, po najładniejszej z których pozostał skwerek - ten koło teatru Baj, niegdyś zakładu opiekuńczo-wychowawczego dla młodzieży żydowskiej. Bazar na Różycu (1874) tętnił życiem przez ponad 120 lat, również w czasie wojny, dopiero niedawno zaczął podupadać, nie wytrzymując konkurencji z kerfurem i galerią...

sobota, 15 listopada 2014

Trójkąt bermudzki

Dawno to było. Przedawno.
Mieszkałam wtedy na Targówku, a zakupy robiłam w Hicie na Stalowej - mieli w "galerii" stanowisko z genialnymi sokami, wyciskanymi na miejscu z przeróżnych owoców. Jedyny autobus, który dojeżdżał do zajezdni Stalowa krążył wśród kamienic, a pasażerowie trwożnie szeptali:
"trójkąt bermudzki".

Szukając niedawno informacji o Brzeskiej, natknęłam się na stwierdzenie, że to ona jest główną osią trójkąta bermudzkiego, co mnie niepomiernie zdziwiło. I miałam rację! Trójkąt się nigdzie nie przeprowadzał od moich czasów studenckich, choć dziś już pewnie - sądząc z mijanych ludzi i zaparkowanych samochodów - nie cieszy się już tak złą sławą, jak niegdyś. W WSI Trójkąt zwie się Nową Pragą, od jurydyki Ksawerego Konopackiego, włączonej do Warszawy w 1889 roku, a jego granice stanowią 11 listopada, Szwedzka i Stalowa. Kudy mu do Brzeskiej....

Jeżdżąc po uliczkach rozparcelowanej jurydyki po raz pierwszy w życiu... zgubiłam się w Warszawie. Zatraciłam poczucie czasu i przestrzeni, odkrywając coraz to nowe zaułki, fabryczki, kamienice, podwórka, detale. Wjechałam od Szwedzkiej, zachwycając się najpierw dawnymi koszarami (?) - za "moich czasów" istniała tam jeszcze jednostka wojskowa, dziś popadają w ruinę. Potem dojrzałam obiecujący komin fabryczny, i faktycznie - trafiłam do wytwórni "Towarzystwo Akcyjne Fabryki Lamp Braci Briinel, Schneider i Dittnar", producenta lamp ozdobnych, połączonej później z zakładem produkcji mydła pod nazwą "Praga" Towarzystwa Akcyjnego Fabryki Przetworów Chemicznych, potem fabryką mydła "Jeleń - Schicht", a później "Uroda SA". Teraz ma być loft czy cóś.

A po drugiej stronie ulicy - osiedle o czytelnym założeniu urbanizacyjnym, z domem właściciela terenu - Konopackiego - w ścisłym centrum, czyli na rogu Strzeleckiej i Środkowej. Dzisiaj dom należy do miasta i niszczeje, a jest śliczny, z przepięknym ogrodem. Było tam przedszkole, a potem szkoła, i warto chyba, żeby nadal się tam mieściła podobna instytucja.

Niemalże vis a vis - stuletni drewniak, który kiedyś był sądem, potem siedzibą Towarzystwa Przyjaciół Dzieci Ulicy, zorganizowanym przez "Dziadka" Lisieckiego.

Zadbane podwórka, praktycznie pozbawione oficyn (może były drewniane), mieszają się na obrzeżach z nowoczesnymi plombami, starannie odgrodzonymi od zniszczonych, pięknych niegdyś bram i elewacji ze świętymi figurami. Gdzieniegdzie mignie resztka eklektycznego zdobienia, secesyjny łuk, ozdobna balustrada balkonu, przypięta do ściany, bo sam balkon odpadł, fantastyczny żeliwny (?) odbojnik.

Na Inżynierskiej genialna wprost Kamienica Towarzystwa Akcyjnego Przechowywania Mebli A. Wróblewski, na Warszawikii można więcej o niej poczytać. Ma hipsterskie schodki w bramie i bardzo hipsterską knajpkę w podwórku, po rowerach sądząc. Był tam też hipsterski teatr, ale spłonął. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie towarowa winda.

Władze miasta powolutku remontują Pragie - po Brzeskiej chodzą wycieczki, Targowa i Ząbkowska to miejsca modne i reprezentacyjnie odnowione, kupę kasy włożono w Kawęczyńską - ale "Trójkąt" na razie jest niedofinansowany. A to miejsce z duchem krakowskiego Kazimierza, i na taki też los zasługuje. Senne dziś miasteczko - bo takie sprawia wrażenie - może być tętniącym życiem osiedlem kultury i knajp, w oryginalnej przedwojennej aranżacji, której tak mało w zwartej postaci zostało w Warszawie. I pewnie takim osiedlem zostanie - jak każde miejsce z własnym duchem, a z niskim, bo prawobrzeżnym, czynszem...







piątek, 14 listopada 2014

W stronę światła

Listopad to czas, kiedy przeróżne demony atakują wyjątkowo mocno. Ze swoimi, które wpędzały mnie w deprechę, walczyłam przez rok - niedawno moja pani doktor uznała, że jestem wyleczona, i że zmniejszamy dawkę piguł. Wręczyła mi przy tym zeszycik pod redakcją prof. Święcickiego ze szpitala dla czubków, w którym po tabletkach proponują chlebek z pełnego przemiału, tryptofan z białka, witaminki B i kwas foliowy z cieciorki i szpinaku, omega-3 z ryb, magnez, cynk i selen, a wszystko to ładnie podane, w smacznych przepisach i kolorowych ilustracjach.
A ja już wcześniej - intuicyjnie, albo i nie - przygotowywałam się do życia bez protezy w postaci SSRI. Może komuś się przyda w czasie, kiedy ciemno, zimno, a do Bożego Narodzenia jeszcze daleko?
  • Faktycznie, porcja razowca z humusem albo makrelką, posypanymi natką, znakomicie robi na poprawę nastroju - zwłaszcza, jeśli taka przegryzka serwowana jest, w moim przypadku, co dwie godziny. Z tym, że ja nie jadam obiadów w tradycyjnym tego słowa znaczeniu.
  • Zatruwające życie myśli najlepiej jest... wydalić z organizmu. W sposób dosłowny, na przykład je wysikać. Więc warto dużo pić. Wody, bo - znów w moim przypadku - mocniejsze trunki nie lubią się z SSRI, a soki źle wpływają na figurę :D
  • Znalazłam sobie hobby, czaso- i myślochłonne. Spotykam fajnych ludzi w bibliotece, na tematycznych forach, robię to, co lubię, czyli piszę i fotografuję.
  • Hobby wymusza sposób poruszania się, czyli rower. 30 kilometrów dziennie zapewnia mi dwie godziny ruchu, który znakomicie wpływa na wydzielanie endorfin i rozgrzewa, co przydaje się wiecznie marznącym smutasom. Rower jest też dla mnie o wiele przyjemniejszy, niż bieganie, bo ja lubię coś robić "po coś" - i nie wystarczy mi tylko np. chudnięcie. Na rowerze nie męczę się tak, jak truchtając, przemieszczam się z punktu A do punktu B o wiele szybciej, niż z pomocą zbiorkomu, a często i szybciej, niż autem, obcuję też z naturą, bo moja trasa prowadzi z dala od samochodów, za to blisko dzikiej zwierzyny.
No i, jak wcześniej pisałam, uczę się odpuszczania i przemiany z Missis Perfect na Missis Happy, a demony wypuszczam na światło dzienne, żeby zdechły na słoneczku - do tego ostatniego jednak polecam profesjonalną pomoc.



czwartek, 13 listopada 2014

Pod ostatnim mostem

Doskonały przykład warszawskiej niestołeczności stanowią Siekierki.
Swego czasu jeździłam byłam regularnie linią 162, a z okien autobusu praktycznie cały czas można było podziwiać Wisłę. Jechało się wybrzeżem Szczecińskim, mostem Świętokrzyskim, Powiślem, a  potem Czerniakowską aż do końca (trasy i Czerniakowskiej). I zawsze się zastanawiałam, gdzie podziewa się Wisła za mostem Łazienkowskim. Co tam jest, w dole Bartyckiej?

W dół Bartyckiej koniecznie i obowiązkowo trzeba było podjechać, jeśli się te 10-15 lat temu urządzało dom czy mieszkanie. Nie wiem, jak teraz, ale wówczas Bartycka była jednym z kręgów tego piekła, które stanowi konieczność wyboru glazury i wanny, najlepiej dobrej jakości, za rozsądną cenę i zgodną z naszą własną wizją dizajnerską. Nie miałam żadnej wizji dizajnerskiej, nie decydowałam o kosztach, miałam jedynie głos doradczy i jedyne, co pamiętam z Bartyckiej to to, że chciałam stamtąd jak najszybciej uciec.

A Bartycka ma pachnące przecznice - Daktylową, Rodzynkową, Cytrynową - i gościnne przedłużenie - Gościniec. Mieszkali tam dorożkarze, bliżej rzeki - piaskarze i wikliniarze, bo teren był podmokły i w wiklinę bardzo zasobny. Oprócz koni trzymano świnki i kury. W 1915 roku wieś Siekierki została przyłączona do Warszawy, a w 1939 - spalona przez Niemców. Najpierw ogólnie, potem drugi raz - dokładniej. W 1945 roku zaś Dekret Bieruta uniemożliwił de facto odbudowę, bo jak tu budować coś trwałego na nieswojej ziemi? Od śródmieścia za daleko, żeby odbudowywało państwo... Z przedwojennych budynków ostała się chyba tylko szkoła, a po wojnie stawiano chałupki z byle czego, tak, że dziś nie różnią się one zanadto od altanek działkowych po drugiej stronie wału wiślanego.

Wał zresztą jest bardzo piękny i zadbany, kudy nam ze słoikowa do niego. Tyle że... w stronę centrum kończy się ślepo na terenie Stacji Pomp, i nie da się go objechać w żaden rozsądny sposób, bo ogrodzenie Stacji, razem z drutem kolczastym, kończy się w nurcie rzeki, z drugiej zaś strony - w gęstych chaszczach przed wysokim płotem. Można się tylko cofnąć  i albo wybrać Bartycką (NB na Kopcu Powstania Warszawskiego jest zrobiona ciekawa trasa do downhillingu), albo jechać wałem aż do mostu Siekierkowskiego, przy okazji odwiedzając fort Augustówka. Inny to fort, niż pozostałe, bo składa się z paru wałów ziemnych, na których można sobie sportowo postrzelać. Nie ma tu żadnych zabudowań, ani drewnianych, ani murowanych, tylko małe tarcze strzelnicze ustawione w darni i sympatyczna, zarośnięta fosa sporych rozmiarów. 

Z ciekawostek: od 1943 do 1949 roku młodziutkiej Władzi Fronczakównie, mieszkającej przy Gwintowej, ukazywała się Matka Boska. Objawienie nie zostało oficjalnie uznane przez Kościół, ale miejscem tym opiekują się Pijarzy.


środa, 12 listopada 2014

Kochany Święty Mikołaju!

Nie wiem, czy byłam bardzo grzeczna w tym roku, ale na pewno byłam bardzo pracowita.
Z całą pewnością zasłużyłam na nagrodę.


Dlatego, kochany Święty Mikołaju, przynieś mi proszę
- blender;
- retro-koszyk rowerowy i w ogóle takie gadżety rowerowe dla dziewczyn, i kalkomanię i w ogóle;
- dużo Archimap (wyd. Muzeum Powstania Warszawskiego, tylko szybko, bo się kończą);
- Jestem miasto. Warszawa. (wyd. Czuły Barbarzyńca);
- i różne inne varsaviana, tylko sprawdź, które już mam;
- jakieś miłe e-książki (varsaviana też mogą być e-, bo nie mam już półek).


Przelatek prosi o czytnik i bony do księgarni, a także o wyścigówkę Lego 3w1. Przelatek była grzeczna. Naprawdę.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Bo tu jest Warszawa, a nie Gnojno!

Zawsze, zawsze mnie bawi to stwierdzenie.
Bo my tu w Warszawie!
My tu w Warszawie jesteśmy! I nasze dziecko nie widziało ciągnika, krowy ani pola, bo to jest miejskie dziecko. To Warszawa jest, no!

Kiedy razu pewnego wspomniałam, że moje dziecko widziało, to mnie ofuknięto, że "na terenach niedawno przyłączonych takie coś pewnie jest, no ale my jesteśmy z tej prawdziwej Warszawy".

No to, jako wytrawny Słoik, zaczęłam szukać.
Znalazłam.
Kury.
Kury na wybrzeżu Portu Praskiego, 3 km w linii prostej od Rynku Starego Miasta. W granicach Warszawy od 1791 roku.

Ciągniki. Od licha i trochę. Nie tylko połączone z kosiarką. Normalne pole uprawne mieści się np. na ulicy Potoki, Stegny, kilkaset metrów od Puławskiej, w granicach Warszawy od 1938 roku. O mojej dzikiej łące, należącej do stolicy od 1915, nie wspominam.

Krowy.
Dobra. Niech wam będzie. Krowę widziałam jedną, i ona już chyba była w Jabłonnie, chociaż patrzyłam na nią jeszcze z Warszawy. Na terenach SGGW zapewne mieszkają krowy, ale tam się nie zapuszczałam jeszcze. (Update: Krowy widziałam dwie, drugą w Kobiałce, Warszawa od 1976, obok pastwiska powstało blokowisko).

Konie.
O koniach to wstyd pisać, jeździectwo jest sportem od zawsze chętnie uprawianym i można się tej przyjemności oddawać choćby w Łazienkach. Hazardowi również, ale na Służewiec udam się w kolejnym sezonie.

Ule.
Ule są na ulicy Jazdów, w Warszawie od zawsze.

Ruiny. Niezabezpieczone.
O ruinach już byłam pisałam. Drewniane szopy również w stolicy posiadamy, w dużych ilościach. Domy z wychodkami na dworze też posiadamy.

Grzyby.
Rosną w Bielańskim i na Kole. To z tych, które udało mi się objechać do września. Miejskie od lat dwudziestych ubiegłego wieku.

Leśne zwierzątka (łosie, sarny, dziki) i chronione ptaszki (z bielikiem włącznie) zamieszkują licznie prawy brzeg Wisły. Czasem je spotykam po drodze do pracy.

Znaczy się, czego miejskie dziecko nie może zobaczyć?