piątek, 17 lipca 2015

Gdzie pociąg mówi dobranoc

O tym miejscu zapomnianym przez Boga i ludzi przeczytałam na Gazecie.pl, i, oczywiście, zafascynowało mnie natychmiast. Po pierwsze, lubię pociągi, a tam jest duuuuużo pociągów. Po drugie, czytuję blog ewkratkę, i chciałam się dowiedzieć, gdzie to dokładnie jest. Po trzecie, uwielbiam odkrywać miejsca przez Boga i ludzi zapomniane, bo Słoik Warszawski stawia sobie za cel poznać Stolycę lepiej, niż przeciętny Warszawiak ją zna. 

Duuuuuużo pociągów ma swoją sypialnię w wagonowni Grochów. Cudowne miejsce, prawie niestrzeżone, można sobie wejść i z okazji końca Ramadanu założyć jakiś miły ładunek pod skład Intercity. Kilometry torów, gęstwina torów, czułam się jak liliput wśród elementów olbrzymiej kolekcjonerskiej kolejki, mniam. Dojrzałam z daleka przedwojenną elektrowozownię, ale byłam właśnie na środku przejazdu kolejowego przy stacji Olszynka Grochowska i nie był to dobry moment na wyciąganie aparatu z plecaka :(

Ulica brukowana trylinką, położoną chyba w 1956 roku (spod trylinki czasami wyzierają oryginalne bruki kamienne). W 1956 puszczono autobus po Chłopickiego (przed wojną - pierwszą - zwaną Liwską), autobusom zwykle trylinkowało się pętle na zadupiach, do jakich te okolice niewątpliwie należą. W każdym razie miejscami trylinka wygląda na bardzo starą. Albo bardzo złej jakości...

Trzy bloki pośrodku niczego (między torami, znaczy), jeden podobno był dla policjantów, pozostałe socjalne. Osiedle Dudziarska zamieniło się chyba w getto, w pobliżu (nie wjechałam na teren osiedla) widziałam wyłącznie ludzi doświadczonych przez los, że się tak eufemistycznie wyrażę. Tym bardziej zaskakuje siedziba teatru, położona tuż obok. Teatr zorganizował wspólnie z sąsiadami plażę Kozia Górka, która istnieje od miesiąca, i nie widać na niej żadnych śladów żerowania istot ludzkich: tylko piasek, ławka, fajne malunki na okalających teren ruinkach, krąg ogniska. Albo teatr sprząta, albo istoty ludzkie, albo... nikt tam nie chodzi? Byczyłam się tam dobre pół godziny, i nikt nie zakłócił mojej samotności.

Więzienie wybudowano na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, jako źródło taniej siły roboczej dla kolejarzy. Z taniej siły chyba niewiele wyszło, ale miejsce na areszt - pośrodku niczego - jest przednie. Z ulicy wygląda to na maleńki, kameralny ośrodek (i ta strzałka na "Tani Hostel", czy jakoś tak, wskazująca prościutko na bramę główną), ale przebywa tam ponad 700 skazanych i osadzonych! Dopiero na gugielmapie dojrzałam starsze budynki, które kryją się za frontowym.

A potem przejechałam sobie na Kozią Górkę Kawęczyńską... ale to już temat na inną historię.


wtorek, 14 lipca 2015

Tajemniczy dworek

Właściwie to wszyscy o tym dworku wiedzą. Ale wcale nie jest łatwo go zobaczyć, może w zimie, jeśli ktoś wie, gdzie go szukać, to coś dojrzy. Bo latem nawet nie ma go jak sfocić.
 
Dworek jest skromniutki - niby klasycystyczny, i ma dwie oficyny-służbówki, takie żółciutkie z białym, ale nawet ryzalitu z kolumnami nie ma. Lubił go książe Konstanty, cisza, spokój, nikt ci nagle nie każe niczego podpisywać, jak w Belwederze, do którego bez przerwy ktoś z miasta przyjeżdżał. Potem nikt go za bardzo nie lubił - zrobiono tu coś w rodzaju hotelu oficerskiego, później wręcz świetlicę dla dzieci, potem przekazano budynek wytwórni filmowej na Chełmskiej, która urządziła w nim mieszkania pracownicze, z czasem zmieniające się w slumsy. Wytwórnia odgodziła pałacyk od przyległego parku wysokim żelaznym płotem, a nowy dzierżawca (Lewiatan) na wysokości budynku gęsto obsadził płot zielenią, skutecznie zasłaniając widok i zapewniając sobie prywatność. Parkują tam niezłe bryki, a w necie można czasem znaleźć o luksusowym biurze do wynajęcia pod tym adresem.
 
A pomyśleć tylko, że stosunkowo niedawno tuż obok mieścił się Pryjut, czyli coś w rodzaju dość paskudnego domu dziecka... A w parku był lunapar, znaczy karuzele, tancbuda, i bawiły się czerniakowskie chłopaki. Mimo eleganckich ławeczek i wygracowanych alejek nadal dość mocno czuje się w tym miejscu genius loci, jak i w całej okolicy, zresztą. Legionistyczno-mokotowsko-czerniakowskie trafaretowe symbole patriotyczne "zdobią" każdy dosłownie budynek w okolicy.
 
 

niedziela, 12 lipca 2015

Sotka

Prawdopodobnie pierwsze grodzone osiedle w Warszawie powstało jakoś razem ze mną - w latach 1977-1978. Dla pracowników ambasady ZSRR.
Ja się jeszcze jako-tako trzymam, osiedle zaś (dokładniej - dwa bloki, parterowa przybudówka i dziedziniec) straszy wybitymi szybami, za którymi wprawne oko dojrzy jakieś resztki mebli czy lamp. Bardzo atrakcyjna działka przy Sobieskiego 100 jest przedmiotem sporu dyplomatycznego, w który się wgłębiać nie będę, i jest solidnie chroniona - amatorzy zwiedzania pustostanów wysoko sobie cenią jej zdobycie.
Być może jednak wcale nie jest to pustostan - legenda miejska głosi, że w "Szpiegowcu" działa nieoficjalny Klub 100, czyli "Sotka", w którym można się bawić po poręczeniu pracownika rosyjskiej placówki.
W każdym razie sprawia wrażenie bardzo niedostępnego - otoczone jest fosą-stawem, murem przybudówki, chronione wysokim płotem z opadającym już drutem kolczastym. Prawdziwa twierdza - przy czym kawał całkiem niezłej architektury (Sembrat i Nowak).
 
Trafiłam tam przy okazji szukania dworku sieleckiego - o nim będzie za chwilę...

piątek, 10 lipca 2015

Miasto-ogród

Koncepcję miasta-ogrodu w 1898 roku opublikował Ebenezer Howard, stenotypista parlamentarny, któremu się nudziło na posiedzeniach, więc mechanicznie zapisując ich przebieg marzył o idealnym miejscu do mieszkania. Marzenia opisał, i okazało się, że nie on jeden snuł takie słoicze wizje własnego domku w ciszy i zieleni, w okolicy przyjaznej dla ludzi. Zwłaszcza, że miasto jako takie pod koniec XIX wieku zdecydowanie nie było miejscem miłym, brakowało w nim drzew, świeżego powietrza i światła. Utopia Howarda była tak atrakcyjna, że znalazła realizatorów na całym świecie, również w świeżo wyzwolonej Polsce, także w świeżo poszerzonej Warszawie.
 
Na zamówienie deweloperów-właścicieli, panów Tarnowskiego i Sobańskiego, przedstawicieli znakomitych rodów, architekci Sosnowski i Jawornicki przedłożyli koncepcję urbanistyczno-architektoniczną, która miała zrealizować spółka "Miasto-Ogród Czerniaków".
W sumie nawet im się udało.
I mimo błędów i wypaczeń efekt widoczny jest do dziś. Tyle że miasto-ogród Czerniaków leży na Sadybie.
 
Czarowne to miejsce, wymieszane, prawdziwa sałatka warzywna. Miałam napisać tygiel, ale w tyglu składniki się łączą, w sałatce pozostają osobno, lekko scalone majonezem, w tym wypadku majonezem romantycznych latarni gazowych, ogrodów i cichych, spokojnych uliczek. Zielona, Kuracyjna, Jeziorna, Jodłowa... fajne nazwy, co?
 
Obok siebie stoją dworki (pierwotna koncepcja zakładała "polski styl XVIII/XIX w.") i modernistyczne (czyt. znacznie tańsze w wykonaniu) wille, a nawet zupełnie współczesne domy, obok siebie mieszka czerniakowska ferajna i grecki ambasador, w jednym ogródku eleganckie panie w kapeluszach sączą szampana i rozmawiają po angielsku, w sąsiednim dwóch gości o nagich torsach grilluje kiełbasę, popijając ją Warką Strong i dla odmiany stosując łacinę. Tę nienadającą się do publikacji. 
 
Wszyscy zaś ciągną w upalne lipcowe dni na plażę, która jest, o dziwo, czysta, strzeżona i w miarę kulturalna. Od tej pod mostem Poniatowskiego odróżnia ją całkowity brak lansu, dużo skromniejsze rozmiary i możliwość kąpieli bez narażania życia i zdrowia. Jeziorko Czerniakowskie wysycha, ale wciąż jest tam gdzie popływać, i wciąż jest tam trochę dzikiej zwierzyny do postraszenia.
 
Klymaty, panie.

czwartek, 9 lipca 2015

Największe odkrycie 2015 r.

Pewien znajomy czerniakowski legionista zachwycał się ostatnio weekendem nad wodą. Weekend był gorący, więc spędzenie go nad wodą było pomysłem ze wszech miar rozsądnym. Legionista, jako lokalny patriota, reklamował Jeziorko Czerniakowskie.
 
Obejrzałam sobie plan Warszawy, skojarzyłam Jeziorko ze szlakiem latarni gazowych, przypomniałam sobie o mieście-ogrodzie i zaplanowałam wycieczkę. Wycieczka odbywała się w dzień upalny (wszak jadę się kąpać) i bezdzietny, w związku z czym wybierałam drogę nie najszybszą, ale najbardziej zadrzewioną i najmniej samochodową. Skręciłam ze św. Bonifacego w jakieś osiedle domków jednorodzinnych, dojrzałam jakąś starą szkołę (przesympatyczna, uwielbiam stare szkoły z dziedzińcem utworzonym przez boczne skrzydła, ze spadzistym dachem krytym ceramiczną dachówką), a za nią park i fosę. Zorientowałam się, że musi to być jeden z warszawskich fortów, i minęłabym go dość obojętnie, gdyby nie jakiś błysk po drugiej stronie zarośniętego tatarakiem zbiornika.
 
Błysk mnie zainteresował. Po chamsku wjechałam na trwanik, wgapiając się w przeciwległy brzeg.
Od nadtłuczonego reflektora odbijało się słońce. Reflektor przynależał do... katiuszy, czyli wyrzutni rakietowej BM-ileś tam.
 
Błyskawicznie objechałam mur i znalazłam się przed furtką, niezbyt gorliwie strzeżoną przez prywatnego wartownika. Powiedział, że to muzeum (www), albo lepiej muzeum (FB), i że wstęp wolny. Skorzystałam skwapliwie z udostępnionego mi stojaka-wyrwikółka i ze zdumieniem wpatrywałam się w rząd czołgów i innych dział samojezdnych (jako blondynka nie odróżniam jednego od drugiego). A potem - z jeszcze większym zdumieniem - w stacje radiolokacyjne, różne zestawy przypominające nieco "Grady" i "Buki", małe, zręczne myśliwce, rakiety, śmigłowce i działka przeciwlotnicze. Mówiąc wprost, opadła mi szczęka.
 
Dlaczego ja NIC o tym nie wiedziałam????? Nawet na Noc Muzeów to miejsce jakoś nie było specjalnie reklamowane - ani jako rzadkie, ani jako unikatowe, ani jako otwierane tylko na Noc, ani ze specjalnymi atrakcjami... A atrakcje były...
 
W każdym razie BARDZO GORĄCO POLECAM. 

środa, 8 lipca 2015

Pole Mokotowskie

Pole Mokotowskie jest jedno! - grzmią varsavianiści i warszawiacy. - Jedno jest, a "pola" to słoiki tylko mówią! Jedno jest pole, bo to pole marsowe było, czyli do przeglądu wojsk służące, a potem wyścigi i lotnisko i takie tam, i potem dopiero park, i to jest jedno pole!

A pola są dwa :) Znaczy parki są dwa. Po wschodniej i zachodniej części al. Niepodległości. I ten zachodni, tam gdzie jest Bolek, i Lolek, i staw, i pomnik psa, to się w ogóle nazywa park im. J. Piłsudskiego, a nie żadne Pole Mokotowskie, hehe. A gdyby nie wojna, to by go w ogóle nie było, bo miała być super dzielnica Piłsudskiego, zabudowana funkcjonalnie (vide gmachy przy Chałubińskiego), nowocześnie i z rozmachem. Trochę zabudowano (teren ciągnął się niemal od dzisiejszej Nowowiejskiej aż do Pasteura), o resztę (np. tereny KS Warszawianka, obecnie KS Skra) deweloperzy toczą boje z miastem i jego mieszkańcami, wierzącymi w teorię klinów napowietrzających czy po prostu łaknących zieleni. A na miejscu koni nadal cwałują konie, tyle że zamiast lekkich dżokejów niosą zbrojnych, a zamiast murawy pod kopytami mają słup. Ten od pomnika Tysiąclecia Jazdy Polskiej.

Mnie jednak bardziej zaciekawiła wschodnia strona, a dokładniej okolice za Stodołą, które de facto Polem Mokotowskim już nie są, tylko "terenami Politechniki Warszawskiej, osobom nieupoważnionym wstęp wzbroniony". Tablica wzbraniająca kiwała się na siatce, obok której było szerokie przejście, pozbawione jakiejkolwiek furtki. Za nim zaś znajdował się... stadion. No, ex-stadion. Jeden z pierwszych wybudowanych po wojnie, już w 1948 roku, całkowicie w czynie społecznym, dla KS Syrena (aczkolwiek zaprojektowany został, również ku chwale Ojczyzny zresztą, przez zawodowca). Podobno było tam wcześniej boisko podchorążych lotnictwa, ale nie mogłam się tego doszukać na ortofotomapach. Dziś, jak mówi arcyciekawa stronka na ten temat, stadion "przypomina raczej klepisko prowincjonalnej szkoły podstawowej, niż obiekt sportowy jednej z najznakomitszych uczelni w stolicy europejskiego kraju". Można się jednak doszukać jakichś resztek jego dawnej świetności, jeśli uważnie poszperać i użyć nieco wyobraźni.

Mam chytry plan na SGH, SGGW, Rakowiecką i w ogóle Mokotów :)



wtorek, 7 lipca 2015

Wolność rządzi!

- Dziecko, ty już do piątej klasy zdałaś? Stara dupa jesteś! - dziwiłam się, oglądając świadectwo.
- Zaraz, zaraz, ja mam 10 lat, a ty 37, to kto tu jest stara dupa? - rezolutnie spytało dziecko.

Dziecko wyjechało na wakacje.
- Mamusiu, a spakowałaś mi legitymację do wątróbki? - spytało w nocy poprzedzającej wyjazd. Przez chwilę zastanawiałam się, o co jej chodzi, aż w końcu przytaknęłam: - tak, jest w nerce, w środkowej kieszonce.

Dziecko wyjechało na wakacje.
Na dworcu tłum rozemocjonowanych rodziców pukał w szyby pociągu, przesyłając ostatnie buziaczki. Mamy płakały rzewnymi łzami, ojcowie przepychali się przy oknach. Błyszczące Pendolino opuściło peron. Rodzice otarli łzy, przybili sobie piątki i zaczęli się jakoś tak nieśmiało zastanawiać: to co? imprezka?

Dziecko wyjechało na wakacje.
- Mamusiu, a co to znaczy, że Grecja zbankrutuje? - pytało dziecko jeszcze przed referendum. Wyrzeźbiłam jakąś odpowiedź dotyczącą zbyt wysokich pożyczek i życia ponad stan, a także zaczęłam snuć wizje wypłat dla pracowników w marmurze i fecie.
 - Hmmm. Wypłata w serze, ok, przynajmniej będą mieli co jeść, ale podatki też płacą serem? Wiesz co? Ja myślę, że oni powinni wyjść ze strefy euro, wprowadzić jakąś własną walutę, i na początek stworzyć takie targi barterowe, wiesz, jak w dawnych czasach.

Dziecko wyjechało na wakacje dokładnie trzy godziny temu, a ja już do niej tęsknię!
A jednocześnie potwornie boję się telefonu pt. "mamo, zabierz mnie stąd". Bo poprzednie wyjazdy w taką rozpacz obfitowały. Więc na wszelki wypadek nie marzę o nieskrępowanych wyprawach, planuję najbliższe godziny jedynie, ufając, że dziecię dorosło, dojrzało, usamodzielniło się... a może nie?

Dziecko wyjechało na wakacje...