Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mosty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mosty. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 września 2015

DDR na Grocie :)

Dawno to było... przedawno.
Historyk, alias ojciec Przelatka, aka Odyniec, nie był wówczas ani historykiem, ani tym bardziej ojcem, tylko zwykłym licealistą, który na Młociny pomykał z Białołęki do szkoły. Mostu Północnego, tfu, Skłodowskiej nawet nie planowano, a budowę Grota sam osobiście pamiętał, frapowały go wówczas dźwigi i betoniarki. I Grotem właśnie pomykał, co, jak sam przyznaje, już 10 lat później było nie do pomyślenia, z powodu obłożenia jezdni i faktycznego braku chodnika.

A teraz Grot ma DDR!

Właściwie to ona całkiem dawno powstała, i choć wciąż niektóre znaki informujące o ścieżce rowerowej są zasłonięte czarnymi workami na śmieci, to od całkiem dawna jeżdżą nią ludzie. Fakt, że trzeba albo WIEDZIEĆ o przejściu pod mostem po wschodniej stronie Wisłostrady, albo nie bać się eksplorować, żeby wykorzystać DDR do przemieszczania się w kierunku Centrum.

Ścieżka rzecz bardzo cenna. Oczywiście, nie jest to piękna trasa z widoczkami, jak na pozbawionym znaczenia komunikacyjnego Świętokrzyskim. Nie jest to droga pod Gdańskim, wolna od towarzystwa jakichkolwiek aut. Bezpieczniejsza jest niż przejazd Poniatowskim, na którym ścieżek brak, czy Śląsko-Dąbrowskim, jak wyżej (aczkolwiek po tym ostatnim jeździ się wielce przyjemnie). Śmigające obok TIRy, autobusy i auta, nieoddzielone ekranami czy choćby torowiskiem, jak na Północnym, to wątpliwej jakości towarzystwo. Ale jest to realna możliwość przekroczenia Wisły w tym miejscu, ważnym logistycznie, bo zamykającym pętlę nadwiślańskich tras rowerowych, czyli cywilizowanej i głośnej drogi wzdłuż Wisłostrady i Czerniakowskiej i eko- dzikiego Szlaku Słonecznego po praskiej stronie.

piątek, 21 sierpnia 2015

Kijem Wisły nie zawrócisz

nawet podczas suszy i rekordowego stanu 47 cm.

Podziwiając po drodze do pracy wiślane kamulce, które licznie wystają z płyciuchnej wody, tworząc malownicze wyspy, zapałałam nieprzemożną chęcią przejścia Królowej w bród. Bez powodzenia szukałam osoby do asekuracji, za mało znam wariatów, choć dochodziły mnie słuchy, że na wysokości Wału Zawadowskiego to "mój kolega przeszedł" i tak dalej. Któregoś razu jednak nie wytrzymałam i zeszłam z prawobrzeżnej ścieżki nad wodę. A raczej nad kamulce. Na wysokości KS Spójnia po drugiej stronie.

Myślicie, że byłam sama?
Ha! Wiślane brzegi w ogóle są dość zatłoczone, pamiętacie, jak wczesną wiosną usiłowałam znaleźć odosobnienie w krzaczkach i mi się nie udało? Ale ten akurat fragment Golędzinowskiego Szlaku Przyrodniczego zgromadził wyjątkowe tłumy. Ludzie Bezdomni szukali butelek. Ludzie Młodzi chodzili z wykrywaczami metali. Rowerzyści chodzili z rowerami. Wszyscy mieli podwinięte nogawki, sandały i kije.

Czym prędzej zaparkowałam swój pojazd przy malowniczym korzeniu, podwinęłam nogawki tak do połowy łydki i znalazłam odpowiednią gałąź. Gałąź była lekka i miała koniec okorowany dokładnie do wysokości moich dżinsów.  

Bez problemu pokonałam pierwsze kilkadziesiąt metrów, nie zamoczywszy stóp. Na wyłoniwszym się dnie Królowej ciężko jest znaleźć "piaaaasku białego wiślanego, piaaaasku", jest za to całe mnóstwo cegieł i innego gruzu wyraźnie budowlanego. Właściwie nie wiem, czy to cegły były, przypominały raczej betonowe bloczki, ale może były po prostu oblepione mułem, czy coś.

Z jednej łachy na drugą przeskoczyłam po wielgachnych otoczakach. Postałam chwilkę, sfotografowałam wyraźne koleiny po ciągniku, ciężarówce czy innej amfibii, i przymierzyłam się do kolejnej łachy. Kij twierdził, że dżinsów nie zamoczę.

I tak sobie wędrowałam tu i tam, aż doszłam mniej-więcej na środek Wisły. Wzdłuż warszawskiego brzegu sunęła majestatycznie na wiosłach policyjna motorówka. "Aha" - myślę sobie, "jak na wiosłach, to pewnie jest za płytko, żeby włączyć silnik... a z drugiej strony, jest wystarczająco głęboko, żeby ona jednak płynęła... a czy na pewno Wisłę wolno przekraczać pieszo?".

Spojrzałam na spieniony w tym miejscu nurt. Jak się pieni, to dobrze - płytko, znaczy. Z drugiej strony, wartko, znaczy. Zamachnęłam się kijem. Kij, owszem, nawet sięgnął dna, i nawet nie było ono, to dno, jakoś głęboko - może do kolan. Ale Królowej się nie spodobało dźganie kijem. Królowa postanowiła mi kij zabrać. Z trudem go jej wyrwałam, podziękowałam za ostrzeżenie i zawróciłam.

Bo, wicie rozumicie, jakbym ja była stukilowym osiłkiem, to może bym wlazła do Wisły i po kolana. Ale (prawie) eteryczna kobieta to jednak nie powinna się tam pchać. Bo Królowa, mimo że uschnięta, to jest silna. I mogłaby kobietę przewrócić. Kobiety nie lubią się toczyć w wodzie po cegłach. No way.


środa, 11 czerwca 2014

A kto to był... vol. 1 (Pancer i Erazm z Zakroczymia)

Kiedy ma się w domu Historyka Najnowszego, można uprawiać moją ulubioną zabawę: przechodząc koło tabliczki z nazwą ulicy tknąć w nią palcem i wrzasnąć znienacka: "A kto to był Erazm z Zakroczymia?". Nieco błędny wzrok odrywa się wówczas od chmur tudzież jakiegoś punktu na horyzoncie, czekoladowe oczy patrzą na mnie z łobuzerską iskierką i słyszę biogram z datą urodzin i śmierci (o ile są znane), z leciutkim zdziwieniem w głosie - jak można tego nie wiedzieć?

Ponieważ wiem coraz więcej, utrudniam zabawę: pytam "a kto to był i dlaczego ma ulicę na Białołęce?". Niestety, w większości przypadków nie wiemy, czemu ktoś ma ulicę właśnie na Białołęce i wg jakiego klucza nadawane są nazwy.

Kiedy zapytałam o Erazma, dostałam książeczkę wydaną w latach siedemdziesiątych - o historii inżynieryjnej mostów warszawskich, od pierwszych przepraw łyżwowych do współczesnego Gdańskiego. Od razu rozwiązały się kolejne zagadki: kto to był Feliks Pancer (patron sąsiedniej ulicy), dlaczego jedna z ulic po drugiej stronie mostu Śląsko-Dąbrowskiego nazywa się Nowy Zjazd, skąd się wzięła klasycystyczna perełka obecnego USC wśród XIX-wiecznej i współczesnej praskiej zabudowy nad samiutką Wisłą.

Znaczy się (jeśli ktoś nie wie, i nie chce mu się szukać) - Erazm z Zakroczymia wybudował pierwszy most stały przez Wisłę, najdłuższy w ówczesnej Europie most drewniany (i od niego uliczka między Starym i Nowym Miastem nazywa się Mostowa). Most diabli (a raczej woda) wzięli po trzydziestu latach, i długo długo korzystano z przepraw łyżwowych (nawierzchnia ułożona na łodziach ustawionych poprzecznie do nurtu rzeki). Mosty takie kładziono co roku mniej-więcej w tym samym miejscu, a za przejazd pobierano opłaty, zbudowano więc Komorę Wodną - architektem był Antonio Corazzi (Erazm podobno też był włoskiego pochodzenia). Po drugiej stronie 10 lat później postawiono podobne w stylu Łazienki Teodozji Małeckiej, ale tam nie brano myta, tylko - jak nazwa wskazuje - zażywano kąpieli, a potem... pobierano nauki (do niedawna tam właśnie mieściła się słynna szkoła na Bednarskiej).

Mosty warszawskie żyją dość krótko, więc po 30 latach składania i rozkładania mostu Ponińskiego otwarto w końcu porządną, stalową konstrukcję kratownicową, której autorem był inżynier Kierbedź. Jej filary służą do dziś mostowi Śląsko-Dąbrowskiemu, a dojazd z poziomu Krakowskiego Przedmieścia na wysokiej wiślanej skarpie zapewniał wiadukt Pancera, przypominający nieco arkady Kubickiego. Wiadukt wysadzono razem z mostem w '44, a po wykombinowaniu trasy W-Z nie było sensu go odbudowywać, co nie zmienia faktu, że w swoich czasach był majstersztykiem komunikacyjnym.