Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 lutego 2016

Bernardyńska perełka

Po powrocie do Warszawy przez krótki czas pracowałam w pobliżu mostu Siekierkowskiego. Wysiadałam grzecznie przy Witosa i do głowy mi nie przyszło nigdy zrobić te parę kroków dalej i zobaczyć, co tam jest.
A jest.
Oj jest.
Zwykle, co prawda, zamknięty, ale otwierają go dla wycieczek albo z okazji ślubów - śliczny, barokowy kościół bernardynów pod wezwaniem św. Antoniego z Padwy. Projektował go Tylman z Gameren dla marszałka wielkiego koronnego Lubomirskiego, który w Czerniakowie miał swoją letnią rezydencję - blisko króla w Wilanowie, niedaleko Warszawy. Fundator postanowił zadbać o rangę świątyni i przywiózł z Rzymu relikwie św. Bonifacego męczennika, złożone w krypcie pod ołtarzem - odpust w oktawie po 14 maja ściągał prawdziwe tłumy, a wierni mogli oglądać przez kratę szkielet świętego, przyodziany w purpurowy płaszcz.
Do jeszcze niższych krypt ich nie wpuszczano, zresztą, nie były widoczne z poziomu świątyni - żeby się do nich dostać, trzeba było przejść przez klasztor. Tam po śmierci spoczął marszałek.

Ale to nie krypty są najciekawsze w tym kościele. To prawdziwie barokowa perełka, trochę tylko (malowidła) zniszczona w czasie wojny, a całe wyposażenie prócz organów ma XVII-wieczne. Cudowne stiuki, urzekające girlandy gipsowych kwiatów i owoców, freski ze scenami z żywota św. Antoniego, interesująca boazeria, fenomenalna podłoga, idealny przykład na to, że "barok to sztuka iluzji". Ołtarz na środku prezbiterium też jest rozwiązaniem rzadkim w Warszawie, warto więc kościół zwiedzić nie w porze sprawowania Eucharystii, kiedy nie bardzo wypada zaglądać do stalli, tylko właśnie na specjalnej wycieczce.

A dalej nowy kościół, i bloki, i bloki, i bloki... no kto by pomyślał, że miedzy Siekierkami i Wilanowem jest jakaś stara cywilizacja...


piątek, 11 września 2015

Mon Coteau


Iza Lubomirska miała gust, miała rozmach i poczucie humoru, zapewne lubiła też gry słowne, skoro jedną ze swoich letnich rezydencji nazwała Mon Coteau, czyli niemalże... Mokotów. Bo w Mokotowie była, który wtedy, oczywiście, nie był żadną Warszawą, tylko wiochą na skarpie. Wiochy na skarpie były modne, sąsiedztwo było miłe (Królikarnia, Rozkosz, Natolin), wygodny, kameralny pałacyk zaprojektował Szreger, ogród - Zug. Jak się Izie zmarło, to pałacyk odziedziczyła z Tyszkiewiczów Potocka, secundo voto Dunin-Wąsowicz, która poprosiła Marconiego o odnowienie budynku zgodnie z ówczesną modą, romantycznie - neogotycko. Tak powstał znany dziś bardzo domek Mauretański, który zupełnie nieoczekiwanie wyskakuje przed solidnym wieżowcem z 1961 roku, mieszczącym słynne Cafe Mozaika z charakterystycznym neonem.


W miejscach, gdzie niegdyś były bagniste obszary Dzisiaj Sylwan i Flora swoje sypią dary, Wszędzie sztuczne tarasy, kaskady i domki, Dziwne płoty z dachówki, starych wież ułomki, Obfite drzew zamorskich rodziny się wznoszą;
Dziś Mokotów prawdziwą napawa rozkoszą

(J.L. Orański, 1826)


Jak się pani Wąsowiczowej chałupka znudziła, sprzedała ją w stanie mocno zużytym litografowi Szustrowi. Facet był zdolniacha, dorobił się fajnego majątku, miał pomysł na jego pomnażanie (park rozrywki Promenada), dbał o swój pokój wiekuisty (zbierał fundusze na kościół przy Dolnej) dziatkom swoim jednak nie do końca ufał, więc kupił sobie tytuł barona, żeby cała kasa trafiła w jedne ręce po jego śmierci. Nie na wiele to się jednak zdało, spadkobiercy posiadłość roztrwonili, i w 1944 ogień trawił już resztki, o które nikt nie dbał.
Zadbała władza ludowa. W latach sześćdziesiątych Jerzy Brabander odbudował pałacyk, w którym teraz mieści się Warszawskie Towarzystwo Muzyczne. I tu ciekawostka...

Jerzy miał syna, Piotra. Obecnie warszawskiego konserwatora zabytków.  Ludzie od zabytków chyba nie bardzo go lubią, bo wydał kilka kontrowersyjnych decyzji, chociaż z drugiej strony... chyba każda decyzja dotycząca Warszawy musi być kontrowersyjna. W Mieście tak doświadczonym każda stuletnia rudera zdaje się zabytkiem, a każdy plac od przedwojnia pusty - zabytkowym otoczeniem, mimo iż nie mają specjalnej wartości kulturowej czy artystycznej.
Mam tylko nadzieję, że Grancówka jednak zostanie odbudowana... 

środa, 9 września 2015

Na tyłach Puławskiej


Jeżdżenie na rowerze głównymi ulicami miasta jest nudne.
O wiele ciekawsze są różne zaułki z tyłu. Zawsze można trafić na coś, co kiedyś było fabryką albo fabryczką, na interesującą willę, na zrujnowaną doszczętnie kamienicę, jakiś napis na murze albo oryginalny bruk.
Postanowiłam sobie pojeździć na tyłach Puławskiej, po skarpie wiślanej. Zaczęłam od Łazienek, które żadną miarą do tyłów Puławskiej zaliczyć nie można :D, ale bardzo płynnie przeniosłam się, chwilami tylko unosząc głowę w niemym podziwie, przez Flory i skwer Szewczenki na Chocimską.
Pamiętam, że pewna znajoma Ukrainka bardzo się zdziwiła, widząc swojego Wielkiego Poetę na warszawskiej ulicy, nawet nie wiedziała, że kiedyś zwizytował Warszawę. Czasem warszawiacy ozdabiają Tarasa szalikami - podczas pomarańczowej rewolucji nosił pomarańczowy, teraz bywa, że ma swoje barwy narodowe.

Zaraz za skwerem rzuca się w oczy zamek. Taki najprawdziwszy zamek, przypominający nieco ten w Chocimiu, choć budynek frontowy ma styl "magistracki". To Państwowy Instytut Higieny - niezłą miał miejscówkę, tuż przy torach kolejki wilanowskiej i zajezdni tramwajowej (bo kolejka tędy jeździła do 1957, a na Woronicza z Chocimskiej tramwaje przeniosły się ok. 1955 r.), z tyłu za to miał pola. Bardzo trudno jest w necie znaleźć szczegóły - zamczysko powstało przed 1922 rokiem, budynek przy samej Chocimskiej w 1922 r., nie udało mi się sprawdzić, czy ta sama osoba je projektowała... Frontowy pasuje do PZH - surowy, prosty, zamek... ulica nazywała się Langerowska, może właśnie dzięki zamkowi nosi dzisiejszą nazwę?

Przy Chocimskiej w ogóle jest sporo fajnych willi i kamienic, i w okolicy - na Słonecznej, Willowej, Spacerowej - też. Pod numerem 5, tam gdzie dziś hematologia, mieściła się fabryka Fruzińskiego, głównego konkurenta Wedla w Warszawie.

Światło mi się kończyło, więc pomknęłam chyżo przez Morskie Oko i park Szustrów - gdzieś w międzyczasie zahaczyłam o ulicę Pogoda, przy której stoi fascynujący postrzelany budynek z wielgachną (załataną) wyrwą po dużym pocisku...

Potem, już prawie przy Wilanowskiej, znalazłam jakiś fajny bruk, a potem jeszcze tylko Żółta Karczma (nadal żółta, fakt, ale już dawno nie karczma, i w ogóle nie wyglądała na muzeum, tylko na prywatną posesję, zwłaszcza że obok stała taka sama żółta karczma-nie-karczma, może nowocześniejsza trochę) i zlazłam na stację Wilanowska, bo nie miałam swoich rowerowych światełek choinkowych, a ciemno się robiło coraz bardziej zdecydowanie... 

poniedziałek, 7 września 2015

Reichsstrasse, czyli ochockie Aleje


Cała południowa pierzeja Alei Jerozolimskich jest rozkoszna, a od ronda Dmowskiego do Placu Zawiszy jest rozkoszna szczególnie, bo w znacznej mierze oryginalna.

Trudno w to dziś uwierzyć, ale jakieś 100 lat temu (a już zwłaszcza 150 lat temu) to było totalne zadupie, gorsze chyba niż obecnie Białołęka :D Zaraz za szpitalem Dzieciątka Jezus i Filtrami było lotnisko, Grójecka była zabudowana niziutkimi drewniaczkami, zamiast Centralnego była komora celna i inne drewniane budynki zaplecza Dworca Wiedeńskiego (sam dworzec był mniej-więcej tam, gdzie dziś dworzec Śródmieście), na miejscu hotelu Polonia było gospodarstwo ogrodnicze braci Hosner. Tak, właściwie dopiero linia średnicowa pozwoliła się temu kawałeczkowi miasta rozwijać. Pod koniec XIX wieku, a jeszcze bardziej na przełomie XIX i XX powstały kamienice, mieszczące hotele i domy rozpusty, kantory, eleganckie lokale i tanie mieszkania na trzecim podwórku, co to nie wiadomo, czy już do Nowogrodzkiej, czy jeszcze do Alej przynależy. Na placu Zawiszy Warszawa się kończyła (rogatkami, rozebranymi, coby czołgom niemieckim było wygodniej się przemieszczać).

Ciut mniej niż sto lat temu powstał Dworzec Pocztowy i rozpoczęto budowę Centralnego, tfu, Głównego, który nawet został oddany do użytku, przynajmniej częściowo, przez Niemców w 1940. Oba były monumentalnymi modernistycznymi budynkami, i w modernizmie budowano też vis a vis, czyli właśnie na południowej pierzei, od Emilki do rogatek.

Sympatycznym wyjątkiem jest późnosecesyjna czy posecesyjna kamienica Stanisława Roskowskiego, z charakterystycznym murkiem, oddzielającym otwarte (w sensie, że bez frontowej kamienicy) podwórze od ulicy. Udało mi się wejść na podwórko nie całkiem legalnie (wykorzystuję zwykle wchodzących-wychodzących mieszkańców) i cyknąć parę fotek.

Podobno fenomenalne są wnętrza sąsiedniej kamienicy, Wojskowego Instytutu Geograficznego. Nadal jednak Instytut jest wojskowy, choć jakoś inaczej się nazywa, i nie byłam pewna, czy również i tam uda mi się wejść i cyknąć fotki :( Nawet nie próbowałam :( 


sobota, 5 września 2015

Golędzinów



Pojechałem na Golędzinów i zamarłem. Po wspaniałym, ostatnim skrawku dzikiej przyrody w Warszawie jeżdżą buldożery. Równają z ziemią wysoką trawę, w której regularnie widuje się bażanty, kuropatwy, lisy i dziki. Ten nadwiślański teren objęty jest zresztą ochroną w ramach programu Natura 2000. Są tutaj siedliska zagrożonych gatunków ptaków. Teoretycznie nie można więc w ten obszar ingerować. Wróciłem do domu i zacząłem szukać informacji o tym, co tam się odpierdala. Zamarłem po raz drugi. "Na Golędzinowie stanie eko-pawilon przypominający głaz polodowcowy. Obok pojawią się łąka, ekologiczny plac zabaw i zagroda dla zwierząt. Wszystko po to, by przybliżyć Wisłę warszawiakom. Inwestycja ma pochłonąć ok. 2 mln złotych i być gotowa w 2016 roku. (...) Przez łąkę będą przebiegać ścieżki przybierające kształt nurtu rzeki. - Projekt wpisuje się świetnie w to miejsce. Dokładnie na tej wysokości na rzece znajduje się naturalny próg z głazów. Chcieliśmy, aby pawilon był otwarty na rzekę. Jego konstrukcja to ukłon w stronę natury. - mówi Iwona Zwolińska, kierownik projektu Life+. Środki na budowę pochodzić będą z funduszy unijnych oraz Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska." Nie mam słów, by adekwatnie skomentować ten cyniczny, bezczelny bełkot. Czuję się, jakbym czytał reportaż Radziwinowicza czy innego Pomerantseva na temat wyczynów moskiewskich watażków. To jest ten kaliber przekrętu, serio. Pociesza mnie tylko fakt, że budują na terenach zalewowych. Mam nadzieję, że Wisła kiedyś wróci i spuści im tęgi wpierdol.

czwartek, 3 września 2015

DDR na Grocie :)

Dawno to było... przedawno.
Historyk, alias ojciec Przelatka, aka Odyniec, nie był wówczas ani historykiem, ani tym bardziej ojcem, tylko zwykłym licealistą, który na Młociny pomykał z Białołęki do szkoły. Mostu Północnego, tfu, Skłodowskiej nawet nie planowano, a budowę Grota sam osobiście pamiętał, frapowały go wówczas dźwigi i betoniarki. I Grotem właśnie pomykał, co, jak sam przyznaje, już 10 lat później było nie do pomyślenia, z powodu obłożenia jezdni i faktycznego braku chodnika.

A teraz Grot ma DDR!

Właściwie to ona całkiem dawno powstała, i choć wciąż niektóre znaki informujące o ścieżce rowerowej są zasłonięte czarnymi workami na śmieci, to od całkiem dawna jeżdżą nią ludzie. Fakt, że trzeba albo WIEDZIEĆ o przejściu pod mostem po wschodniej stronie Wisłostrady, albo nie bać się eksplorować, żeby wykorzystać DDR do przemieszczania się w kierunku Centrum.

Ścieżka rzecz bardzo cenna. Oczywiście, nie jest to piękna trasa z widoczkami, jak na pozbawionym znaczenia komunikacyjnego Świętokrzyskim. Nie jest to droga pod Gdańskim, wolna od towarzystwa jakichkolwiek aut. Bezpieczniejsza jest niż przejazd Poniatowskim, na którym ścieżek brak, czy Śląsko-Dąbrowskim, jak wyżej (aczkolwiek po tym ostatnim jeździ się wielce przyjemnie). Śmigające obok TIRy, autobusy i auta, nieoddzielone ekranami czy choćby torowiskiem, jak na Północnym, to wątpliwej jakości towarzystwo. Ale jest to realna możliwość przekroczenia Wisły w tym miejscu, ważnym logistycznie, bo zamykającym pętlę nadwiślańskich tras rowerowych, czyli cywilizowanej i głośnej drogi wzdłuż Wisłostrady i Czerniakowskiej i eko- dzikiego Szlaku Słonecznego po praskiej stronie.

piątek, 21 sierpnia 2015

Kijem Wisły nie zawrócisz

nawet podczas suszy i rekordowego stanu 47 cm.

Podziwiając po drodze do pracy wiślane kamulce, które licznie wystają z płyciuchnej wody, tworząc malownicze wyspy, zapałałam nieprzemożną chęcią przejścia Królowej w bród. Bez powodzenia szukałam osoby do asekuracji, za mało znam wariatów, choć dochodziły mnie słuchy, że na wysokości Wału Zawadowskiego to "mój kolega przeszedł" i tak dalej. Któregoś razu jednak nie wytrzymałam i zeszłam z prawobrzeżnej ścieżki nad wodę. A raczej nad kamulce. Na wysokości KS Spójnia po drugiej stronie.

Myślicie, że byłam sama?
Ha! Wiślane brzegi w ogóle są dość zatłoczone, pamiętacie, jak wczesną wiosną usiłowałam znaleźć odosobnienie w krzaczkach i mi się nie udało? Ale ten akurat fragment Golędzinowskiego Szlaku Przyrodniczego zgromadził wyjątkowe tłumy. Ludzie Bezdomni szukali butelek. Ludzie Młodzi chodzili z wykrywaczami metali. Rowerzyści chodzili z rowerami. Wszyscy mieli podwinięte nogawki, sandały i kije.

Czym prędzej zaparkowałam swój pojazd przy malowniczym korzeniu, podwinęłam nogawki tak do połowy łydki i znalazłam odpowiednią gałąź. Gałąź była lekka i miała koniec okorowany dokładnie do wysokości moich dżinsów.  

Bez problemu pokonałam pierwsze kilkadziesiąt metrów, nie zamoczywszy stóp. Na wyłoniwszym się dnie Królowej ciężko jest znaleźć "piaaaasku białego wiślanego, piaaaasku", jest za to całe mnóstwo cegieł i innego gruzu wyraźnie budowlanego. Właściwie nie wiem, czy to cegły były, przypominały raczej betonowe bloczki, ale może były po prostu oblepione mułem, czy coś.

Z jednej łachy na drugą przeskoczyłam po wielgachnych otoczakach. Postałam chwilkę, sfotografowałam wyraźne koleiny po ciągniku, ciężarówce czy innej amfibii, i przymierzyłam się do kolejnej łachy. Kij twierdził, że dżinsów nie zamoczę.

I tak sobie wędrowałam tu i tam, aż doszłam mniej-więcej na środek Wisły. Wzdłuż warszawskiego brzegu sunęła majestatycznie na wiosłach policyjna motorówka. "Aha" - myślę sobie, "jak na wiosłach, to pewnie jest za płytko, żeby włączyć silnik... a z drugiej strony, jest wystarczająco głęboko, żeby ona jednak płynęła... a czy na pewno Wisłę wolno przekraczać pieszo?".

Spojrzałam na spieniony w tym miejscu nurt. Jak się pieni, to dobrze - płytko, znaczy. Z drugiej strony, wartko, znaczy. Zamachnęłam się kijem. Kij, owszem, nawet sięgnął dna, i nawet nie było ono, to dno, jakoś głęboko - może do kolan. Ale Królowej się nie spodobało dźganie kijem. Królowa postanowiła mi kij zabrać. Z trudem go jej wyrwałam, podziękowałam za ostrzeżenie i zawróciłam.

Bo, wicie rozumicie, jakbym ja była stukilowym osiłkiem, to może bym wlazła do Wisły i po kolana. Ale (prawie) eteryczna kobieta to jednak nie powinna się tam pchać. Bo Królowa, mimo że uschnięta, to jest silna. I mogłaby kobietę przewrócić. Kobiety nie lubią się toczyć w wodzie po cegłach. No way.


środa, 19 sierpnia 2015

Żoliborz Podoficerski

Ilekroć czekałam w porannym szczycie, aż uprzejmy policjant puści mój autobus z mostu Gdańskiego w Międzyparkową, tyle razy zastanawiałam się nad zaniedbanym budynkiem, przypominającym nieco szkołę, który miałam po prawej stronie, i nad zaokrąglonym w stylu lat trzydziestych blokiem po drugiej stronie torów. Obiecywałam sobie, że na pewno tu przyjadę na rowerze, przecież mam prawie po drodze, i że muszę, i w ogóle.
Ha! W końcu to zrobiłam. Nagroda nie kazała na siebie długo czekać, ten zapomniany zakątek Warszawy obfituje w bardzo interesujące miejsca.

Międzyparkowa, jak sama nazwa wskazuje, leży między parkami, otaczającymi forty Cytadeli. Bliżej Wisłostrady, za Zakroczymską, jest Fort Legionów z jakąś knajpą podobno, bliżej przejazdu nad torami - Fort Traugutta z międzyszkolnym ośrodkiem sportowym i takim bardziej ohydnym schroniskiem młodzieżowym, niezmiernie słabo reklamowanym, mieszczącym autokar dzieci w metalowych baraczkach-kontenerkach znanych z budów. A obok rzeczywiście znajdowała się szkoła. Kiedyś, dawno, dawno temu, kiedy jeszcze ulica Krajewskiego biegła pod torami kolei obwodowej i jeździły nią tramwaje. Teraz zostało tylko przejście podziemne, niezbyt zachęcające, którego zwiedzić nie mogłam ze względu na trwający remont torowiska nad nim.

Szkołę wybudowano na peryferiach ówczesnej Warszawy, najprawdopodobniej miała ona służyć podoficerskim dzieciom z osiedla pod Cytadelą, bo innych skupisk ludzkich w okolicy nie ma. Zbudowano ją w ramach wielkiego planu zwiększenia dostępności szkół powszechnych i ukończono ledwie trzy lata przed wojną. Projekt z jednej strony był typowy: "programowa" szkoła miała być TANIA, mieć 7-9 sal po 52 m2 każda (razy liczba szkół w budynku, bywały dwie i trzy i pięć nawet), salę do przyrody i do prac ręcznych, rekreacje, 60-metrowe mieszkanie dla kierownika, kawalerkę dla dozorcy, pokój nauczycielski, kancelarię, natryski, dożywialnię (czyli stołówkę) i OBOWIĄZKOWO - pokój lekarski. Sale gimnastyczne i boiska były przewidziane, ale w planach, kiedy już zostaną zaspokojone najpilniejsze potrzeby. Z drugiej strony, te typowe projekty realizowali naprawdę uznani architekci: w tym przypadku Gutt i Jankowski.

Powszechniak wyprowadził się z budynku dość szybko, potem przez wiele lat korzystało z niego LO im. Poniatowskiego, ale i ono się wyprowadziło w końcówce lat siedemdziesiątych, zapewne w przewidywaniu wyżu demograficznego - bo szkoła jest maleńka, choć salę gimnastyczną zyskała chyba jeszcze przed wojną.

Wojsko po drugiej stronie torów też się chyba wyprowadziło, a że budynki należą (należały?) do miasta i sporo jest (było?) mieszkań kwaterunkowych, to podobno niekiepska żulernia się tam pojawiła, fora internetowe mówią coś o grasujących rowerzystach-nudystach i niebezpieczeństwach, czyhających w parku w dawnej fosie. Nic nie wiedziałam o żulerni, spodobało mi się za to wiszące na sznurkach w podwórzu pranie, charakterystyczna szara cegiełka elewacji i małomiasteczkowy klimat. Gapiąc się na pastorały przy Dymińskiej i zastanawiając się nad ich oryginalnością, potknęłam się o betonową płytę, i nawet ją lekko sklęłam, nie podejrzewając, że depczę sklepienie Ringstandu. Oprócz Ringstandu były tam gdzieś (przed wojną) korty tenisowe i małe baseny w podwórzach. Bloki Wojskowego Funduszu Kwaterunkowego wyglądałyby zupełnie współcześnie, gdyby nie ta szara cegiełka. Ciekawe, jak się w nich mieszka, bo o standardzie moje źródła mówią niewiele. Wiem, że podoficer z rodziną mógł liczyć na 2-3 pokoje z kuchnią, piwnicą i stryszkiem, aczkolwiek podobno nie zawsze z łazienką (łazienki były wspólne, w suterenach), żonaty oficer rozbijał się na 90 metrach, a jak się dochrapał wyższej szarży, to i na 120 metrach i miał guziki do przywoływania pokojówki i grzejnik gazowy w łazience i gazową prasowalnicę. Istnieją też doniesienia o kominkach w mieszkaniach, nie wiem, na ile sprawdzone i aktualne współcześnie (może ktoś po prostu przerobił sobie piec kaflowy na kominek?).

Jak będę stara i bogata, to będę mieszkać na Żoliborzu albo na Ochocie. Może na ten kawałek Żoliborza nie muszę być aż tak śmierdząco bogata? A miejscówka idealna...


poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Ребята, давайте жить дружно!

Być może ludzie mojego pokolenia pamiętają jeszcze radziecką kreskówkę o kocie Leopoldzie i dwóch wrednych myszach, miły odpowiednik Toma i Jerrego. Kot na końcu każdego odcinka proponuje życie w przyjaźni, a myszy w kolejnym znów robią z nim, co chcą.

Przyjazna koegzystencja to chyba to, co udało się osiągnąć na osiedlu akademickim "Przyjaźń" koło bemowskiego ratusza. A raczej ratusz jest koło osiedla, bo przecież wioska budowniczych Pałacu Kultury powstała duuuuuuużo wcześniej. I jest słodka.


Osiedle Przyjaźń to dzisiaj enklawa sielskości w środku miasta, jeszcze bardziej rajska, niż fińskie domki na Jazdowie. Część drewniaków zajmują studenci, podobno dzisiaj głównie z Grzegorzewskiej, chociaż kampus jest międzyuczelniany. Dawno, dawno temu, chyba jeszcze w licealnych czasach, pojechałam tam z kimś w gości i było pioruńsko zimno, a tubylcy używali elementów konstrukcyjnych akademika, tudzież stolarki budowlanej, do rozpalenia ognia. Zresztą, może to jakaś legenda miejska, która tak mi przemówiła do wyobraźni, że zdaje mi się, że byłam jej świadkiem... Inna legenda mówi, że w szafach były tajne wejścia pod podłogę, a w piwnicach działy się rzeczy wielkie: wygrywano i przegrywano fortuny i niewieście serca...


Studenckie baraczki przyjemnie współistnieją z jednorodzinnymi, również drewnianymi, domkami, otoczonymi zadbaną zielenią w stylu wiejskim - malwy i nieskoszona trawka. Budynek klubu przypomina trochę stodołowate miejsca zabaw, organizowanych w soboty we wsiach, do których jeździłam na wakacje, i pachnie starym drewnem. Zdaje się, że opary alkoholu nie są zbyt dobrym konserwantem, bo nikt nie chce podjąć się remontu, bez którego Karuzela wkrótce się zawali.
Kotłownia jest oczywiście murowana, zapewne obok jest (albo była) pralnia i łaźnia, a w Kolorado było kino. Porządna wioska musiała mieć też bibliotekę, i faktycznie - księgozbiór jest. Zajmuje tylko jeden domek (kiedyś były co najmniej dwa - osobno wypożyczalnia i czytelnia), ale wygląda tak samo, jak 60 lat temu.


Letnia wycieczka do "akademików na Jelonkach" to uczta dla wymęczonych miastem zmysłów. Dźwiękoszczelne ekrany chronią przed ulicznym zgiełkiem, słychać śmiech dzieciaków na placu zabaw, głośne oddechy ulicznych kalisteników na zewnętrznej siłowni, skrzypienie podłóg i bzyczenie pszczół. Ktoś brzdąka na gitarze Okudżawę. Sierpniowy żar leje się z nieba, ale w cieniu starych drzew nie jest aż tak dojmujący, jak w betonowym centrum Warszawy. Drzewa są wszędzie, mniejsze i większe, starsze i młodsze. Niewiele zapewne pamięta pierwszych cieśli osiedla - wtedy były tu sady, a  żywot śliw i jabłoni bywa krótki. Drzewa pachną. Pachnie nieskoszona trawa, wysoka mimo suszy, kwiaty, stare drewno, dym z kotłowni, książki w bibliotece, taki charakterystyczny, lekko kwaskowy zapach skansenu, ożywiony ponętną wonią grillowanej kiełbaski.


Studentów na Jelonkach coraz mniej - nie tylko, co byłoby oczywiste, w wakacje, ale po prostu zmieniły się oczekiwane przez nich warunki. Są jednak tacy, którzy celowo wybierają niedogodności "Przyjaźni" - osiedle to zawsze - od z posterunków zdjęcia wartowników, pilnujących budowniczych Pałacu, cieszyło się sławą osiedla wolnego - przynajmniej od surowych recepcjonistów, pilnujących liczby i składu mieszkańców...

sobota, 15 sierpnia 2015

Tam, gdzie fale radiowe pętle mają.

Jako że są wakacje, a ja jestem tymczasowo bezdzietna, jeżdżę sobie na rowerze nie do domu, a gdzie mnie oczy poniosą, czyli najczęściej tam, gdzie motyle nie dolatują, bo za krótko żyją, a fale radiowe pętle mają.


Interesowały mnie forty twierdzy Warszawa, i zaczęłam od najbliższych i najbardziej północnych - bielańskiego nie chciało mi się szukać, Wawrzyszew prawie objechałam z zewnątrz. Szeroko otwarta brama i opadnięta tablica "teren wojskowy - wstęp wzbroniony" zachęcały do eksploracji również w środku, ale dobroduszny strażnik zawołał za mną, że "panienko, tu nie wolno", i ta "panienka" ucieszyła mnie tak bardzo, że bez trudu przełknęłam gorycz odmowy.

Babice też sobie objechałam, zastanawiając się intensywnie nad nazwą - bo nazywa się też fortem Radiowo. Tam jest całkiem "teren wojskowy, wstęp wzbroniony", więc nawet nie próbowałam wjeżdżać do środka. I tak, zastanawiając się, dotarłam do fortu Blizne, opisanego znów jako "teren prywatny - wstęp wzbroniony", więc lekko zniechęcona zrobiłam sobie popas z kradzionymi niedojrzałymi jabłkami, legalnie zdobytą wodą z MPWiK i smartfonem. Bo dlaczego Radiowo, no?

I zamiast jechać w kierunku Chrzanowa, pomknęłam ulicą Fortową, a następnie Hubala-Dobrzańskiego ku granicom miasta, a nawet dalej, do tabliczki "Latchorzew". Przy tej tabliczce skręciłam w leśną ścieżkę i niemal natychmiast jęknęłam radośnie,  ujrzawszy betonowe coś i tablicę informacyjną.

Betonowe coś było podporą nogi masztu nadawczej Transatlantyckiej Stacji Radiotelegraficznej. W lesie Bemowskim takich podpór jest 39 (jedną wykopali), i do tego jeszcze resztki fundamentów różnych budynków, cewek, basenów chłodzących i innych takich (bardzo szczegółowo opisanych na stronie www.nadajnik-babice.pl), i trzy "czuwajki" (ja znalazłam dwie, ale nie chciało mi się szukać trzeciej), i kolce przeciwpancerne (też mi się ich nie chciało szukać), a sama ścieżka była techniczną drogą dla wartowników, których bagnety iskrzyły na niebiesko od silnego pola elektromagnetycznego...

Stację wybudowaliśmy sobie w 1923 roku i była prawdziwym majstersztykiem, dzięki któremu wygrywaliśmy większość europejskich przetargów na łączność międzykontynentalną. Miała dwie wielkie anteny rozwieszone na pięciu 126-metrowych słupach każda i emitowały superdługie fale, które umożliwiały np. Niemcom łączenie się z u-botami na Atlantyku w czasie okupacji. I ci sami Niemcy wysadzili stację tuż przed wyzwoleniem Warszawy, w 1945 r.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Uff, jak gorąco

Ostatnie kilka dni spędziłam w wodzie. Całe Boże dnie spędziłam w wodzie. Niezupełnie dobrowolnie, wolałabym częściowo w wodzie, a częściowo w cieniu, ale musiałam być w wodzie, bo Najlepszy Kumpel Przelatka (jedyny, który się akurat ostał w Warszawie w przerwie między wyjazdami wakacyjnymi) nabroił i dostał szlaban na wychodzenie. Podpadł mi tym straszliwie, choć nie mnie nabroił. Podpadł, bo tak to bym go zabrała i rozkoszowała się lekturą na leżaczku, a nie taplała w warszawskich basenach otwartych.
Jakby ktoś pytał, to zarówno Przelatek, jak i kumpel mają karty pływackie, a ja, hmmm, się nie topię przez parę minut. Więc jakby przyszło co do czego, to raczej oni mnie by ratowali, a nie odwrotnie.


Najpierw poszłyśmy najbliżej, czyli na Moczydło.
Moczydło to takie fajne, peerelowskie baseny, malowane olejno na niebiesko i żółto. Dziki tłum tam jest i najdrożsi są chyba w całej Warszawie, i żarcie w ichnim barku jest mocno takie sobie. Za to przebieralnie i łazienki są git, w każdym razie te przy boiskach, w tych drugich nie byłyśmy. I zjeżdżalnie są fajne.

Potem poszłyśmy na "basen z "Hecy na 14 fajerek", żeby było Wisłę widać". Hmmm, jak kręcono ten serial w roku pańskim 1978, to basen był w szczytowej formie. Dziś ma wodę "jak z Wisły", mętną i szarą, bardzo wolną kręconą zjeżdżalnię, jedną przebieralnię z dykty z reklamą popularnego napoju, bardzo śmierdzące toalety o zepsutych zamkach, i dwie knajpy - demokratyczną i drugą, ą ę stylizowaną na luz. W demokratycznej można sobie kupić piwko, albo nawet szota. Wisła słabo przebłyskuje za chaszczami, a po Wale Miedzeszyńskim śmigają auta, bziuuu, bziuuuu.
Ale za to ludzi było mało, a nawet bardzo mało, i wolno skakać do wody. W sensie, na bombę, na rybkę, na gwiazdę i tak dalej.

Potem pojechałyśmy na Szczęśliwice, zobaczyć, jak wygląda nowoczesność w domu i zagrodzie. Uuu, panie, pięknie wygląda. Zupełnie jak nasz domowy wzorzec z Serves, czyli basen w malutkim miasteczku na zachodzie Niemiec, który Historyk ujrzał po raz pierwszy w 1986 roku. Znaczy się, kwiatuszki rosną, woda jest przejrzysta i błękitna, są bicze wodne i piękna zjeżdżalnia, i śliczne szatnie i z szafkami, i toalety... nie, toalety pod koniec dnia już nie były takie śliczne. A w barku można kupić sałatki. I jogurty. I zupy. No, burgery też, ale przynajmniej jest jakiś wybór. I też wolno skakać. I ceny umiarkowane.
I, cholera, wszystkim się tam podoba, więc ludź na ludziu w tej wodzie siedzi. 

Na Inflanckiej było najbardziej super :) Prawie w ogóle nie ma ludzi. Legalna kąpiel w fontannie, która tam udaje brodziki dla dzieci (dorosłych też, w najgłębszej woda jest po pas). Olbrzymi teren z boiskiem do siatkówki plażowej. Genialny dojazd.

A może w tym sezonie uda mi się jeszcze na Corę i do Powsina? To wtedy będzie pełen przegląd warszawskich odkrytych pływalni.
Trochę mało, conie?

środa, 22 lipca 2015

W czasie deszczu dzieci też jeżdżą... po Mokotowie

Kiedy wyszłam z pracy, lunął deszcz. Mam na takie wypadki pelerynę, ale deszcz to deszcz, zwłaszcza taki lejący. Byłam jednak chwilowo bezdzietna, co oznaczało, że w domu - prócz obowiązków gospodarczych - nic na mnie nie czeka. A do domu jadę z pracy godzinę, więc i tak bym zmokła. Jak myślicie, co wygrało - Rakowiecka, czy pranie?

Rakowiecka to jest taka fajowska ulica na Mokotowie, wokół której znajduje się większość ważniejszych zabytków międzywojnia. Ciekawe, czy ktoś dziś zrozumie, czemu to ulica z Moskwy przez więzienie do pętli, albo czemu to jest najdłuższa ulica w Warszawie, chociaż ma tylko półtora kilometra.

Pamiętam dyskusję na uczelni po zburzeniu kina Moskwa i wybudowaniu centrum, które wyglądało jak "a pile of shit" - jak to napisał jeden z moich wykładowców w jednym z anglojęzycznych warszawskich czasopism. Pasowało mu kolorem i kształtem...

Przed I wojną Mokotów to letnisko było, mieszkało tam jakieś 28 tysięcy ludzi (przed drugą już 89 tysięcy). Na Rakowieckiej w ramach budynków murowanych to stał sierociniec dla dziewcząt Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności. Sierociniec mieścił później gimnazjum i szkołę, a potem znowu sierociniec, a teraz podobno znowu szkołę, tym razem muzyczną, będzie mieścić, jak już ją wyremontują generalnie. Na początku XX wieku obok sierocińca postawiono więzienie, takie na 800 osób, z trzema kaplicami na terenie: prawosławną, katolicką i żydowskim domem modlitw. Bardzo nowoczesne, jak na ówczesne warunki.

I to by było na tyle przed I wojną. A, przepraszam, jeszcze koszary, koszary musiały być, bo tam przecież pole marsowe było.

A jak w 1916 wszystko ruszyło, to hoho! W 1928 albo 29 rozpoczęła się budowa osiedla MSW Szare Domy, projektu Stefanowicza. Funkcjonalistyczne bloki, licowane szarą cegiełką, kryły zielone podwórze. W suterenach były pralnie, od frontu - od Rakowieckiej - sklepy i kawiarnio-stołówka, było też coś w rodzaju świetlicy, rano zajmowanej przez prywatną szkołę, prowadzoną przez spółdzielnię. W tym samym czasie powstała też większość pozostałych budynków po nieparzystej stronie ulicy. Parzystą zajmować miały uczelnie i instytucje, jak zresztą jest do tej pory. Wielka Różowa SGH też planowana była przed wojną, tyle że Witkiewicz-Koszczyc nie zdążył jej postawić. Niektórzy spierają się, że Wielka Różowa jest socrealistyczna, bo powstała w latach pięćdziesiątych, ale wydaje mi się, że budynek jest dość spójny ze zbudowanymi wcześniej Biblioteką i Pawilonem Doświadczalnym (aka Budynek A). Szukałam w różnych źródłach, ale Aula Spadochronowa w Wielkiej Różowej tak się nazywa chyba wyłącznie ze względu na kształt dachu...
Hipernowoczesny (nawet dziś, po przeszło pół wieku) żyletkowy Leykamowski Państwowy Instytut Geologiczny kryje (trzeba wjechać w Wiśniową) akademicki klasycyzm Lalewicza. Charakter pracy naukowej w ogóle wymaga spokoju, umożliwiającego skupienie myśli, różnorodność prac, które mają być wykonywane w P.I.G., prócz tego jeszcze - zupełnej izolacji poszczególnych pracowników-specjalistów. Lokal P.I.G. musiałby przeto być położony w miejscu zacisznem, z dala od wielkomiejskiego rozgwaru i hałasu ulicznego; musiałby on, dalej, składać się z kilkudziesięciu pokojów odosobnionych, łączących się ze sobą tylko za pomocą kurytarzy. - pisano prawie sto lat temu, kiedy ogłaszano konkurs na budynek i zastanawiano się nad lokalizacją. Tia, Rakowiecka zdecydowanie jest z dala od wielkomiejskiego rozgwaru... Zaraz po PIG (po tym starym, Lalewicza) tuż obok Brukalski stawia Sztab Generalny Wojska Polskiego, przykład "dojrzałego funkcjonalizmu opartego na klasycyzmie", jak piszą w mądrych artykułach po angielsku - bo po polsku figę z makiem się znajdzie o Rakowieckiej 4a. Te fajowskie wieżyczki z frapującymi płytami na elewacji to są klatki schodowe, tyle udało mi się ustalić.



Intensywny spacer uliczkami między Rakowiecką i Narbutta, czy nawet dalej, Dąbrowskiego, pozwala znaleźć nie tylko modernistyczne kamienice, ale i słodkie wille w sporych ogrodach.  Fajnym odkryciem była dla mnie zdecydowanie stuletnia kamienica przy Kazimierzowskiej 76a, w podwórku, przy ciągu garażowatych budynków kryjących m.in. centrum pomocy dla ofiar przemocy czy jakoś tak. Sama kamienica była (a może wciąż jest) siedzibą modnego miejsca dla dzieci, tego z gatunku eko-sreko-indywidualny rozwój blabla, ale wygląda przecudnie z wierzchu.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Akcja GTWB - Lubię, kiedy Warszawa... nie przyjmuje miasta do wiadomości.

Lubię kury na blokowiskach.
Lubię pszczoły, bobry i różne inne zwierzątka.
Lubię fińskie domki i miejsca zapomniane przez Boga i ludzi.






Takich miejsc - zapomnianych, a może tylko szerzej nieznanych - w których można się poczuć jak na letnisku, a nie w dwumilionowym mieście - jest w Warszawie bardzo dużo, i - wbrew pozorom - nie tylko na obrzeżach. Takim nienaruszonym pasem sielskości są tereny przygraniczne - mówię tu o granicy z 1916 roku. Za nimi wyrosły blokowiska, a stuletnie przedmieścia pozostały przedmiejskie, choć miasto pączkuje i rozbudowuje się za nimi.

piątek, 17 lipca 2015

Gdzie pociąg mówi dobranoc

O tym miejscu zapomnianym przez Boga i ludzi przeczytałam na Gazecie.pl, i, oczywiście, zafascynowało mnie natychmiast. Po pierwsze, lubię pociągi, a tam jest duuuuużo pociągów. Po drugie, czytuję blog ewkratkę, i chciałam się dowiedzieć, gdzie to dokładnie jest. Po trzecie, uwielbiam odkrywać miejsca przez Boga i ludzi zapomniane, bo Słoik Warszawski stawia sobie za cel poznać Stolycę lepiej, niż przeciętny Warszawiak ją zna. 

Duuuuuużo pociągów ma swoją sypialnię w wagonowni Grochów. Cudowne miejsce, prawie niestrzeżone, można sobie wejść i z okazji końca Ramadanu założyć jakiś miły ładunek pod skład Intercity. Kilometry torów, gęstwina torów, czułam się jak liliput wśród elementów olbrzymiej kolekcjonerskiej kolejki, mniam. Dojrzałam z daleka przedwojenną elektrowozownię, ale byłam właśnie na środku przejazdu kolejowego przy stacji Olszynka Grochowska i nie był to dobry moment na wyciąganie aparatu z plecaka :(

Ulica brukowana trylinką, położoną chyba w 1956 roku (spod trylinki czasami wyzierają oryginalne bruki kamienne). W 1956 puszczono autobus po Chłopickiego (przed wojną - pierwszą - zwaną Liwską), autobusom zwykle trylinkowało się pętle na zadupiach, do jakich te okolice niewątpliwie należą. W każdym razie miejscami trylinka wygląda na bardzo starą. Albo bardzo złej jakości...

Trzy bloki pośrodku niczego (między torami, znaczy), jeden podobno był dla policjantów, pozostałe socjalne. Osiedle Dudziarska zamieniło się chyba w getto, w pobliżu (nie wjechałam na teren osiedla) widziałam wyłącznie ludzi doświadczonych przez los, że się tak eufemistycznie wyrażę. Tym bardziej zaskakuje siedziba teatru, położona tuż obok. Teatr zorganizował wspólnie z sąsiadami plażę Kozia Górka, która istnieje od miesiąca, i nie widać na niej żadnych śladów żerowania istot ludzkich: tylko piasek, ławka, fajne malunki na okalających teren ruinkach, krąg ogniska. Albo teatr sprząta, albo istoty ludzkie, albo... nikt tam nie chodzi? Byczyłam się tam dobre pół godziny, i nikt nie zakłócił mojej samotności.

Więzienie wybudowano na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, jako źródło taniej siły roboczej dla kolejarzy. Z taniej siły chyba niewiele wyszło, ale miejsce na areszt - pośrodku niczego - jest przednie. Z ulicy wygląda to na maleńki, kameralny ośrodek (i ta strzałka na "Tani Hostel", czy jakoś tak, wskazująca prościutko na bramę główną), ale przebywa tam ponad 700 skazanych i osadzonych! Dopiero na gugielmapie dojrzałam starsze budynki, które kryją się za frontowym.

A potem przejechałam sobie na Kozią Górkę Kawęczyńską... ale to już temat na inną historię.


wtorek, 14 lipca 2015

Tajemniczy dworek

Właściwie to wszyscy o tym dworku wiedzą. Ale wcale nie jest łatwo go zobaczyć, może w zimie, jeśli ktoś wie, gdzie go szukać, to coś dojrzy. Bo latem nawet nie ma go jak sfocić.
 
Dworek jest skromniutki - niby klasycystyczny, i ma dwie oficyny-służbówki, takie żółciutkie z białym, ale nawet ryzalitu z kolumnami nie ma. Lubił go książe Konstanty, cisza, spokój, nikt ci nagle nie każe niczego podpisywać, jak w Belwederze, do którego bez przerwy ktoś z miasta przyjeżdżał. Potem nikt go za bardzo nie lubił - zrobiono tu coś w rodzaju hotelu oficerskiego, później wręcz świetlicę dla dzieci, potem przekazano budynek wytwórni filmowej na Chełmskiej, która urządziła w nim mieszkania pracownicze, z czasem zmieniające się w slumsy. Wytwórnia odgodziła pałacyk od przyległego parku wysokim żelaznym płotem, a nowy dzierżawca (Lewiatan) na wysokości budynku gęsto obsadził płot zielenią, skutecznie zasłaniając widok i zapewniając sobie prywatność. Parkują tam niezłe bryki, a w necie można czasem znaleźć o luksusowym biurze do wynajęcia pod tym adresem.
 
A pomyśleć tylko, że stosunkowo niedawno tuż obok mieścił się Pryjut, czyli coś w rodzaju dość paskudnego domu dziecka... A w parku był lunapar, znaczy karuzele, tancbuda, i bawiły się czerniakowskie chłopaki. Mimo eleganckich ławeczek i wygracowanych alejek nadal dość mocno czuje się w tym miejscu genius loci, jak i w całej okolicy, zresztą. Legionistyczno-mokotowsko-czerniakowskie trafaretowe symbole patriotyczne "zdobią" każdy dosłownie budynek w okolicy.
 
 

niedziela, 12 lipca 2015

Sotka

Prawdopodobnie pierwsze grodzone osiedle w Warszawie powstało jakoś razem ze mną - w latach 1977-1978. Dla pracowników ambasady ZSRR.
Ja się jeszcze jako-tako trzymam, osiedle zaś (dokładniej - dwa bloki, parterowa przybudówka i dziedziniec) straszy wybitymi szybami, za którymi wprawne oko dojrzy jakieś resztki mebli czy lamp. Bardzo atrakcyjna działka przy Sobieskiego 100 jest przedmiotem sporu dyplomatycznego, w który się wgłębiać nie będę, i jest solidnie chroniona - amatorzy zwiedzania pustostanów wysoko sobie cenią jej zdobycie.
Być może jednak wcale nie jest to pustostan - legenda miejska głosi, że w "Szpiegowcu" działa nieoficjalny Klub 100, czyli "Sotka", w którym można się bawić po poręczeniu pracownika rosyjskiej placówki.
W każdym razie sprawia wrażenie bardzo niedostępnego - otoczone jest fosą-stawem, murem przybudówki, chronione wysokim płotem z opadającym już drutem kolczastym. Prawdziwa twierdza - przy czym kawał całkiem niezłej architektury (Sembrat i Nowak).
 
Trafiłam tam przy okazji szukania dworku sieleckiego - o nim będzie za chwilę...

piątek, 10 lipca 2015

Miasto-ogród

Koncepcję miasta-ogrodu w 1898 roku opublikował Ebenezer Howard, stenotypista parlamentarny, któremu się nudziło na posiedzeniach, więc mechanicznie zapisując ich przebieg marzył o idealnym miejscu do mieszkania. Marzenia opisał, i okazało się, że nie on jeden snuł takie słoicze wizje własnego domku w ciszy i zieleni, w okolicy przyjaznej dla ludzi. Zwłaszcza, że miasto jako takie pod koniec XIX wieku zdecydowanie nie było miejscem miłym, brakowało w nim drzew, świeżego powietrza i światła. Utopia Howarda była tak atrakcyjna, że znalazła realizatorów na całym świecie, również w świeżo wyzwolonej Polsce, także w świeżo poszerzonej Warszawie.
 
Na zamówienie deweloperów-właścicieli, panów Tarnowskiego i Sobańskiego, przedstawicieli znakomitych rodów, architekci Sosnowski i Jawornicki przedłożyli koncepcję urbanistyczno-architektoniczną, która miała zrealizować spółka "Miasto-Ogród Czerniaków".
W sumie nawet im się udało.
I mimo błędów i wypaczeń efekt widoczny jest do dziś. Tyle że miasto-ogród Czerniaków leży na Sadybie.
 
Czarowne to miejsce, wymieszane, prawdziwa sałatka warzywna. Miałam napisać tygiel, ale w tyglu składniki się łączą, w sałatce pozostają osobno, lekko scalone majonezem, w tym wypadku majonezem romantycznych latarni gazowych, ogrodów i cichych, spokojnych uliczek. Zielona, Kuracyjna, Jeziorna, Jodłowa... fajne nazwy, co?
 
Obok siebie stoją dworki (pierwotna koncepcja zakładała "polski styl XVIII/XIX w.") i modernistyczne (czyt. znacznie tańsze w wykonaniu) wille, a nawet zupełnie współczesne domy, obok siebie mieszka czerniakowska ferajna i grecki ambasador, w jednym ogródku eleganckie panie w kapeluszach sączą szampana i rozmawiają po angielsku, w sąsiednim dwóch gości o nagich torsach grilluje kiełbasę, popijając ją Warką Strong i dla odmiany stosując łacinę. Tę nienadającą się do publikacji. 
 
Wszyscy zaś ciągną w upalne lipcowe dni na plażę, która jest, o dziwo, czysta, strzeżona i w miarę kulturalna. Od tej pod mostem Poniatowskiego odróżnia ją całkowity brak lansu, dużo skromniejsze rozmiary i możliwość kąpieli bez narażania życia i zdrowia. Jeziorko Czerniakowskie wysycha, ale wciąż jest tam gdzie popływać, i wciąż jest tam trochę dzikiej zwierzyny do postraszenia.
 
Klymaty, panie.

czwartek, 9 lipca 2015

Największe odkrycie 2015 r.

Pewien znajomy czerniakowski legionista zachwycał się ostatnio weekendem nad wodą. Weekend był gorący, więc spędzenie go nad wodą było pomysłem ze wszech miar rozsądnym. Legionista, jako lokalny patriota, reklamował Jeziorko Czerniakowskie.
 
Obejrzałam sobie plan Warszawy, skojarzyłam Jeziorko ze szlakiem latarni gazowych, przypomniałam sobie o mieście-ogrodzie i zaplanowałam wycieczkę. Wycieczka odbywała się w dzień upalny (wszak jadę się kąpać) i bezdzietny, w związku z czym wybierałam drogę nie najszybszą, ale najbardziej zadrzewioną i najmniej samochodową. Skręciłam ze św. Bonifacego w jakieś osiedle domków jednorodzinnych, dojrzałam jakąś starą szkołę (przesympatyczna, uwielbiam stare szkoły z dziedzińcem utworzonym przez boczne skrzydła, ze spadzistym dachem krytym ceramiczną dachówką), a za nią park i fosę. Zorientowałam się, że musi to być jeden z warszawskich fortów, i minęłabym go dość obojętnie, gdyby nie jakiś błysk po drugiej stronie zarośniętego tatarakiem zbiornika.
 
Błysk mnie zainteresował. Po chamsku wjechałam na trwanik, wgapiając się w przeciwległy brzeg.
Od nadtłuczonego reflektora odbijało się słońce. Reflektor przynależał do... katiuszy, czyli wyrzutni rakietowej BM-ileś tam.
 
Błyskawicznie objechałam mur i znalazłam się przed furtką, niezbyt gorliwie strzeżoną przez prywatnego wartownika. Powiedział, że to muzeum (www), albo lepiej muzeum (FB), i że wstęp wolny. Skorzystałam skwapliwie z udostępnionego mi stojaka-wyrwikółka i ze zdumieniem wpatrywałam się w rząd czołgów i innych dział samojezdnych (jako blondynka nie odróżniam jednego od drugiego). A potem - z jeszcze większym zdumieniem - w stacje radiolokacyjne, różne zestawy przypominające nieco "Grady" i "Buki", małe, zręczne myśliwce, rakiety, śmigłowce i działka przeciwlotnicze. Mówiąc wprost, opadła mi szczęka.
 
Dlaczego ja NIC o tym nie wiedziałam????? Nawet na Noc Muzeów to miejsce jakoś nie było specjalnie reklamowane - ani jako rzadkie, ani jako unikatowe, ani jako otwierane tylko na Noc, ani ze specjalnymi atrakcjami... A atrakcje były...
 
W każdym razie BARDZO GORĄCO POLECAM. 

środa, 8 lipca 2015

Pole Mokotowskie

Pole Mokotowskie jest jedno! - grzmią varsavianiści i warszawiacy. - Jedno jest, a "pola" to słoiki tylko mówią! Jedno jest pole, bo to pole marsowe było, czyli do przeglądu wojsk służące, a potem wyścigi i lotnisko i takie tam, i potem dopiero park, i to jest jedno pole!

A pola są dwa :) Znaczy parki są dwa. Po wschodniej i zachodniej części al. Niepodległości. I ten zachodni, tam gdzie jest Bolek, i Lolek, i staw, i pomnik psa, to się w ogóle nazywa park im. J. Piłsudskiego, a nie żadne Pole Mokotowskie, hehe. A gdyby nie wojna, to by go w ogóle nie było, bo miała być super dzielnica Piłsudskiego, zabudowana funkcjonalnie (vide gmachy przy Chałubińskiego), nowocześnie i z rozmachem. Trochę zabudowano (teren ciągnął się niemal od dzisiejszej Nowowiejskiej aż do Pasteura), o resztę (np. tereny KS Warszawianka, obecnie KS Skra) deweloperzy toczą boje z miastem i jego mieszkańcami, wierzącymi w teorię klinów napowietrzających czy po prostu łaknących zieleni. A na miejscu koni nadal cwałują konie, tyle że zamiast lekkich dżokejów niosą zbrojnych, a zamiast murawy pod kopytami mają słup. Ten od pomnika Tysiąclecia Jazdy Polskiej.

Mnie jednak bardziej zaciekawiła wschodnia strona, a dokładniej okolice za Stodołą, które de facto Polem Mokotowskim już nie są, tylko "terenami Politechniki Warszawskiej, osobom nieupoważnionym wstęp wzbroniony". Tablica wzbraniająca kiwała się na siatce, obok której było szerokie przejście, pozbawione jakiejkolwiek furtki. Za nim zaś znajdował się... stadion. No, ex-stadion. Jeden z pierwszych wybudowanych po wojnie, już w 1948 roku, całkowicie w czynie społecznym, dla KS Syrena (aczkolwiek zaprojektowany został, również ku chwale Ojczyzny zresztą, przez zawodowca). Podobno było tam wcześniej boisko podchorążych lotnictwa, ale nie mogłam się tego doszukać na ortofotomapach. Dziś, jak mówi arcyciekawa stronka na ten temat, stadion "przypomina raczej klepisko prowincjonalnej szkoły podstawowej, niż obiekt sportowy jednej z najznakomitszych uczelni w stolicy europejskiego kraju". Można się jednak doszukać jakichś resztek jego dawnej świetności, jeśli uważnie poszperać i użyć nieco wyobraźni.

Mam chytry plan na SGH, SGGW, Rakowiecką i w ogóle Mokotów :)



sobota, 4 lipca 2015

Nieoczekiwana zieleń Pragi Południe





Jak widać powyżej, Praga Południe jest ZIELONA.
Czego zupełnie nie widać ani z Grochowskiej, ani z Wału, ani z Ostrobramskiej.
Tam jest ZIELONO.
Park Skaryszewski płynnie przechodzi w Kamionkowskie Błonia Elekcyjne, zupełnie bezpretensjonalne, wypełnione opalającymi się tubylcami i roześmianymi dzieciakami, które ganiają z psami za piłką. Wzdłuż Kanału Wystawowego ciągną się ogródki działkowe, na których emeryci hodują pomidorki, a później jest jeziorko Gocławskie i Balaton. Przy Grochowskiej są sympatyczne parki - jeden koło zabytkowej Weterynarii, znaczy Simfonii Varsovii, a drugi wokół zabytkowego dworku, w którym w 1931 roku stacjonował podobno Chłopicki, a dziś dzieciaki wystękują "Dla Elizy" w szkole muzycznej. No i rezerwat Olszynki Grochowskiej...

Muszę się wybrać na Kozią Górkę, o której niedawno przeczytałam w GW - ale to jak promyk słońca w moim życiu, szczęście moje maleńkie, dziesięcioletnie, pięćdziesięciokilowe, źrenica mego oka - wybierze się w końcu na wakacje I BĘDĘ MIAŁA ŚWIĘTY SPOKÓJ!!!!!!!!