poniedziałek, 19 października 2015

Rower

Rodzino!
Dziecko chce rower na urodziny. Należy jej się, bo za jej obecny zostawiłam ostatnio w serwisie więcej, niż kosztował na allegro, a jeden hamulec jest nadal nienaprawialny. Na urodziny za Chiny Ludowe jej nie kupię, bo to zaraz po BN i przed wypłatą. Dołożycie po stówce do listopada? Zgodziła się dostać rower teraz i jedną książkę za 15 zeta w styczniu.

środa, 7 października 2015

Zupełnie, ale to zupełnie nie o Warszawie :)

Wraca człowiek z pracy złachany.
Zły i złachany. Ostatnia kasa poszła na tygodniówkę dla dziecka, wypłata jutro, w robocie zepsuł się ekspres do kawy, waga wciąż pokazuje o wiele za dużo, więc nawet czekolady sobie człowiek nie kupi.
Podgląda człowiek konto dzieciaka, i widzi człowiek, że dzieciak wrzucał filmiki na YT, zamiast lekcje odrabiać. Ma człowiek wizję wieczoru spędzonego nad mnożeniem sposobem pisemnym (nie po to ludzkość wymyśliła kalkulatory i wbudowała je w komórki, żebym musiała mnożyć sposobem pisemnym!), bo dzieciak wymaga asysty. Asysta ma sprawdzać tok dzieciakowego myślenia, ergo przemnożyć to wszystko samodzielnie, ugrhhh.
Jedzie człowiek do tego domu i się nakręca po drodze. Że góra naczyń w zlewie czeka. Że lodówka pusta. Że dzieciak nieznośny, kłóci się z kumplami. I wk..., znaczy ten,  ciśnienie mu rośnie.


Jakby ten człowiek filmik do końca był obejrzał...
Za takie żarcie jestem gotowa codziennie pilnować matematycznych słupków!




sobota, 19 września 2015

Z rozmów z Przelatkiem

Przelatek interesuje się sytuacją międzynarodową, ocenia zagrożenie na wschodniej flance NATO i to płynące z południa, zastanawia się, przed czym uciekają uchodźcy, i zadaje bardzo konkretne pytania.
- Mamo, a będzie wojna?
- Zawsze gdzieś jest jakaś wojna.
- Ale u nas, tutaj, będzie wojna? Napadnie ktoś naszą szkołę?
- Nie, córeczko, u nas nie ma zagrożenia terrorystycznego.
- A jak ktoś nas zaatakuje? Jakaś rakieta poleci za daleko?
- Jak nas zaatakują, to mamy sojuszników z potężną bronią. Jest taki artykuł piąty, wiesz...
- Mamo? A w 1939 też mieliśmy sojuszników i na pewno był jakiś artykuł piąty!

piątek, 18 września 2015

Maszyna do szycia

Kiedyś miałam zabawkową maszynę do szycia. To była jeszcze mojej mamy maszyna, i przypominała takiego eleganckiego starego Singera. Gdyby ktoś nie wiedział, to Singery przed pierwszą wojną w Warszawie i innych prowincjonalnych miasteczkach Imperium były... rodzimej, imperialnej produkcji, bo fabryka Singera mieściła się w Podolsku, który dziś niemal graniczy z Moskwą.
Po rewolucji Singer nazywał się Podolskie Zakłady Mechaniczne i nadal produkował maszyny do szycia. Moja Babcia miała na szafie wielce obiecujące drewniane pudełko, i byłam przekonana, że jego zawartość wygląda tak: http://auxtodzsk.com/data/559e9443c274d.jpg. Mama miała pod stołem zupełnie inne pudełko, nowoczesne (jak na moje dzieciństwo w latach 80-tych), obciągnięte skajem, z elektrycznym Łucznikiem w środku. Co ciekawe, Łucznik był kupiony w Sojuzie...
Łucznik używany jest do tej pory, a obiecujące drewniane pudełko po babci wyczaiłam w zagłębiach rodzicielskiej piwnicy, wykopałam i w sumie bez pytania umieściłam w bagażniku własnego auta. Rodzinne przekazy mówiły, że bardzo porządną maszynę zawiera, a maszyny właśnie potrzebowałam na własny użytek, bo mi się nie chciało z każdą pierdółką słoiczyć 200 km...
Jakieś było moje rozczarowanie, kiedy odchyliłam wieczko!
Nie, oczywiście, tam była maszyna. Do szycia. Porządna. Szyje świetnie! Ale wyglądała...
tak: http://49.img.avito.st/1280x960/1357480549.jpg.




Ale wiecie co?
Mimo że wygląd się zmienił - no nie da się ukryć, zmienił się - i późniejsze modele miały nawet napęd elektryczny (BTW w korbkę na prąd zaopatrzone bywały już egzemplarze z lat siedemdziesiątych... XIX stulecia! A samą maszynę wynaleziono w 1850 r.) - to przedwojenna instrukcja obsługi pasuje do wszystkich mechanicznych modeli Singera-PMZ-Singera produkowanych niemal do rozpadu ZSRR, niezależnie od napędu...


środa, 16 września 2015

Moskiewskie reministencje

Lubię jeździć po świecie i życie w Moskwie bardzo mi pod tym względem odpowiadało. Nie myślałam, że kiedykolwiek to napiszę, ale... stęskniłam się za lotniskami! Cały czas mam też wrażenie, że jestem w PL tylko tymczasowo, zwłaszcza że przyjęto mnie do programu zawodowych ekspatów i jeżdżę od czasu do czasu na różne rozmowy w sprawie innych cywilizacji...

Zapytałam Przelatka o odczucia w tej kwestii. Przelatek była wyjątkowo zgodna: mamo, ja cały czas jestem w Polsce na wakacjach, i już trochę nie mogę się doczekać, kiedy one się skończą i wrócimy do Moskwy albo gdzieś indziej. Wrócimy, mamo, gdzieś indziej, rozumiesz, nawet jeśli to nie będzie Rosja...

Rozumiem.

I z wielką przyjemnością odkrywam na półce lokalnego Kerfura twarogowe batoniki w polewie czekoladowej. Importujemy je z Litwy, w Rosji też jadałam litewskie, choć i lokalnych odmian było tam bez liku - to jeden z naszych ulubionych przysmaków, którego brak nam nieco doskwierał.

BTW
Hepi berzdej, brazer.

wtorek, 15 września 2015

Samokrytyka

zdjęcie z Internetu
- Mama mnie przeziębiła! - skarży się Przelatek Babci na skype.
- Mama cię pobiła? A za co? - dziwi się Babcia.
- No przecież ja mam bardzo grzeczne dziecko! - włączam się do rozmowy.
- Czy ja o czymś nie wiem? - Przelatek podejrzliwie patrzy na mój wystający brzuch (ach, ta fasolka na obiad... albo raczej te nadprogramowe 10 kg...).

poniedziałek, 14 września 2015

Lasy Miejskie

Trochę mnie zawsze śmieszyło to określenie: "Las Miejski". Chociaż jak inaczej nazwać laski Bielański, Bemowski, Kabacki i inne, otoczone przez bloki niemal ze wszystkich stron, z jedną zieloną granicą typu Kampinos czy Wisła, albo w ogóle bez takich granic...

A las miejski to bardzo fajna instytucja jest. Na przykład na takich Młocinach jest las. Taki normalny las, runo, poszycie, drzewa wysokie i tak dalej. I ścieżka edukacyjna. I ścieżka rekreacyjna i polany.
Pierwsza polana jest koło Makdonalda. I parkingu. Jest na niej plac zabaw i siłownia na otwartym powietrzu i kupa luda, okupująca wiaty po obwodzie polany. Ale wystarczy przejść ścieżką sto metrów dalej, i ma się małą polankę tylko dla siebie. Okopaną od strony lasu, z ławeczkami, schronieniem przed deszczem, kręgiem wyłożonym kamieniami i naszykowanym drewnem. Drewno jest naszykowane bez fanatyzmu - przywleczono ciągnikiem kilka czy kilkanaście młodych olch chyba, niezbyt grubych, zaopatrzonych w liście. Można cieńsze gałązki ułamać, a grubsze albo rąbać, jak ktoś ma siekierkę, albo zawlec na palenisko i przepalić w połowie, jak ktoś ma czas. Kratka grillowa z prętów zbrojeniowych robi wrażenie :D 

Radosną gromadą wybraliśmy się z sąsiadami na ognisko.
Dobrze, że mieliśmy harcerkę w składzie, bo jako jedyna miała przy sobie zapałki i finkę, żeby zaostrzyć patyki... i w sumie niemal jako jedyna umiała rozpalić ogień...




PS. Na Białołęce jest kilka miejsc, w których można rozpalić ognisko albo grilla. Właściwie wszystkie białołęckie parki dają taką możliwość, dla wielbicieli Królowej urządzono plażę z grillowiskiem. Poza płatnym Dzikim Zakątkiem nie ma jednak miejsc, w których oficjalnie wolno palić ogień w lesie w Choszczówce, Dworskiej, Dąbrówce czy na tarchomińskiej wydmie, o chronionym obszarze międzywala nie wspominając. A zielona Białołęka jest już naprawdę daleko... i nie jest tak bezpiecznie skomunikowana rowerowo z Tarchominem, jak lasy po drugiej stronie Wisły.


PS 2. Swoją drogą to przerażające. Banda 10-latków nie tylko nie była w stanie rozpalić ognia - oni nawet nie mieli pojęcia, jak się układa podstawowy, prosty stos. I niewiele ich to obchodziło...