piątek, 27 maja 2016

Długi weekend

Utopiłam kajak w Świdrze.
Poparzyłam się o kamienie z kuchni ogniskowej.
Zgubiłam nogawkę od bojek.
Trafiłam pod gradobicie 200 metrów od domu - przemokło mi wszystko, co miałam w sakwach.
Zużyłam ostatnich 6 zapałek i... nie rozpaliłam ogniska, więc zamiast herbaty była woda :)
Zapomniałam PINu do służbowej komórki.

Sikałam na polanie zalanej światłem księżyca.

Było absolutnie CUDOWNIE.

A jak Wam mija weekend?

niedziela, 24 kwietnia 2016

Tytus, Romek i Atomek w "Kamienicy"

- Idziemy do teatru! - oznajmiłam radośnie Przelatkowi - Kupiłam bilety, bo z tymi znajomymi to już od roku się wybieramy, a to oni nie mogą, a to ja jestem przed wypłatą! Na "Tytusa, Romka i Atomka".
- No dooooobra... - bez entuzjazmu zgodziła się Przelatek.

I poszłyśmy. Po drodze do Kamienicy Przelatek rozglądała się uważnie.
- Jesteś pewna, że to spektakl dla MOJEJ grupy wiekowej?
- No wieeeesz... no, na pewno. No, ja Tytusa czytałam właśnie w Twoim wieku...
Po wejściu na salę Przelatek lekko się załamała. Zdecydowanie należała do najstarszych (wyjąwszy rodziców) widzów, a na dodatek maluchy zachowywały się jak na maluchy przystało. Przelatek mruczała pod nosem:
- Dlaczego tu nie może być jak w Moskwie? Dlaczego ta sala jest taka mała i taka brzydka? Dlaczego te dzieci tak wrzeszczą? Dlaczego one piją wodę na widowni?
Za nami rozległo się radosne:
- A mogę też zdjąć buciki???
Przelatek złapała się za głowę.

A potem rozpoczęło się przedstawienie. Przelatek patrzyła na wszystko z coraz większym zażenowaniem.
- Po co im mikroporty? Dlaczego oni śpiewają z playbacku? Dlaczego oni śpiewają piosenki jak u Kazika*? Dlaczego oni się nabijają z harcerstwa? Dlaczego te żarty są tak "wyrafinowane"? Gdzie są dekoracje?

W efekcie wyszłyśmy z teatru w czasie przerwy. Obiecałam Przelatkowi, że następne przedstawienie, na które pójdziemy razem, będzie dla dorosłych. W towarzystwie znajomych nastolatków.

* Przelatek uwielbia płytę Kazika śpiewającego radosne pieśni z lat pięćdziesiątych, ale wyczuwa w jego wykonaniu lekką ironię.

niedziela, 3 kwietnia 2016

8 mniej

Udało się, udało się, udało się!
Miałam wielki plan. Miałam wielki plan pozbycia się 8 kg, które przyrosły mi przez ostatnie 8 lat. I udało się.
Powiem tak: najgorszemu wrogowi nie życzę.
Popełniłam tysiące błędów, przede wszystkim odchudzałam się sama, zamiast skorzystać z pomocy dietetyka (którego mam wszak w pakiecie ubezpieczeniowym). Na początku więc usiłowałam przeżyć na 1000 kcal, jednocześnie jeżdżąc do pracy (12 km w jedną stronę) na rowerze. Na szczęście szybko się przekonałam, że tak się nie da, i zwiększyłam limit do 1600. 
Wiecie co? Na 1600 też się nie da. Nie tak. Nie z taką nienawiścią, nie z podejściem "a masz, babo głupia, to za obżarstwo, które  jest grzechem!". Nie wtedy, kiedy najbardziej na świecie kocha się jedzenie. 

Ja jestem sybarytką. Uwielbiam ciepłe kąpiele, czerwone wino, gorącą czekoladę, lekkie książki i pyszności. Przy czym pysznościami może być zarówno to, co kreują w Master Chefie czy innych gwiazdkach Michelin, jak i patelnia dobrze wysmażonych ziemniaczków z cebulką.
Pozbawiłam się dobrowolnie pyszności w dowolnych ilościach na całe dwa miesiące. Tak, oczywiście, można jeść pyszności troszeczkę. Ale troszeczkę mnie nie urządza. Jak robię pyszne kanapeczki ze świeżutkiego chlebka i własnoręcznie pieczonym schabikiem i kiełkami, to nie po to, żeby zjeść jedną. Następnego dnia chlebek nie będzie świeżutki, a schabik zeżre rodzina. 

Największa porażka?
Spodziewałam się porażki. Spodziewałam się załamania, podobno każdy je ma, nie mówiąc o idiotkach, które jedzą 1500 przy zapotrzebowaniu w okolicach 3000. Ale łudziłam się, że odstępstwo od diety będzie słodkie i absolutnie zakazane, z dużą ilością kremu albo czekolady z orzechami. 
Hahahahaha.
Okazało się, że tym, dla czego warto jest przerwać 6-tygodniową już wówczas dietę jest...
kaszanka.
Swojska. Tłuściutka. Pyszna.
Tak pyszna, że zeżarłam wszystkie trzy kawałki naraz. I jakbym miała więcej, to bym zjadła więcej.

To był okropny czas. A wiecie, co jest najbardziej okropne?
Że z tej cholernej diety nie można wychodzić ot tak, natychmiast. Że nie można zacząć jeździć do roboty jak człowiek, autobusem. Można co najwyżej przestać jeździć w czasie śniegu z deszczem. Że sobotnio-niedzielne przebieżki z psiuńciem można co najwyżej zamienić na dwa razy dłuższe spacerki. Że nie ma już powrotu do drożdżówki do porannej kawy, można co najwyżej dołożyć sobie drugą kromkę chlebka, w pierwszym tygodniu po diecie, a w drugim zamiast sałatki warzywnej na deser zrobić sobie owocową. 
Ja tego nie przeżyję.
Efekt jojo murowany :(

niedziela, 27 marca 2016

Chrystus zmartwychwstał!

Prawdziwie zmartwychwstał!

I jak już zjecie śniadanko, mam propozycję - dla tych słoików, co zostały w Warszawie i jak porządne słoiki, mieszkają na Białołęce. Wyjmijcie swoje rowery (rozumiem, że nie każdy jest takim freakiem jak ja, pedałującym po "zimie" już co najmniej od dwóch miesięcy), więc wyjmijcie swoje rowery, pod Urzędem Dzielnicy jest stacja naprawcza przy Veturilo, więc można je napompować i wyregulować siodełka, i przejedźcie się wałem wiślanym aż do Jabłonny. Do pałacu. Można i dalej, ale na rozruszanie kości i spalenie pyszności wielkanocnych Jabłonna będzie idealna.

Że Pałac w Jabłonnie jest fajny, można się domyślać. Albo można było się domyślać w samochodzie, w drodze do Legionowa czy Nowego Dworu, kiedy Jabłonna nie miała jeszcze obwodnicy. O fajności świadczyła zabytkowa poczta przy drodze i nawiązujące do renesansu zwieńczenie kościelnej dzwonnicy (kościół nic wspólnego z pałacem nie ma, a jak się dobrze przypatrzeć, to jest całkiem modernistyczny, choć dopasowany do letniskowego przed wojną charakteru miejscowości). Świadczyła też pięknie przystrzyżona trawka za płotem i boniowana brama. 
Ale dowiedzieć się, jak jest fajny, najlepiej rowerem, od wału, od Wisły. Dość niepozorna furtka prowadzi do zupełnie innego świata (bo w drodze przez długi czas można zachwycać się dziką niemalże przyrodą w rezerwacie Ławice Kiełpińskie) - angielski park, projektowany przez samego Szymona Bogumiła Zuga, i budynki, kreślone ołówkiem takich asów, jak Dominik Merlini i (później, oczywiście) Henryk Marconie. A historie właścicieli! Od biskupów płockich posiadłość wykupił brat króla, późniejszy prymas Michał Poniatowski. Stanisław August zresztą braciszka odwiedzał - ha, królewskie mamy zadupia w pobliżu Białołęki! Potem pałac należał do uwielbianego przez wszystkich księcia Pepe, który podarował go siostrzyczce, Teresie. Do chrztu Teresę trzymała sama Maria Teresa Austriaczka, królowa Francji, i mimo, że los w młodości obszedł się z nią okrutnie (straciła oko jako szesnastolatka), i chyba uważana była za brzydulę, wydaną za mąż za osobę o właściwym nazwisku, za to niewłaściwej reputacji, to była bliską i długoletnią przyjaciółką... Talleyranda. Wszyscy wiemy o pani Walewskiej i Napoleonie, ale o romansie i przyjaźni jego najznakomitszego dyplomaty i jednookiej polskiej arystokratki mało kto słyszał... Do męża wracając, to podobno najlepszą rozrywką Tyszkiewicza było rano przebrać się za księdza i "odprawić mszę", a wieczorem założyć damskie fatałaszki i w nich paradować po domu. Złośliwi opowiadali o Teresie, że "choć pod wielkim legła Tyszkiewiczem, wie z doświadczenia, że miłość jest niczem".

Pałac, we władaniu PAN, ma się nieźle. Ogród, jako że angielski, ma być naturalny i nie męczyć ogrodnika. Stajnie i wozownie stanowią malowniczą ruinę, do Zugowskiej groty wstęp wzbroniony, chińska altanka była w remoncie, kiedy koło niej przejeżdżałam. Ale i tak jest tam fajnie. Można też zatrzymać się na obiad (klimatycznie, w weekendy niedrogo, kuchnia polska), a w niedzielę posłuchać jakiegoś koncertu, kameralnego najczęściej.

sobota, 19 marca 2016

Poszukiwanie wiosny

Ostatnio sobie biegam. W weekendy zwłaszcza. Właściwie tylko w weekendy, w pozostałe dni jest rower, a w sobotni poranek biorę psiuńcia na wydmę wiślaną (dobry kilometr od Wisły) i truchtam kółeczko albo i dwa. A jeśli psiuńcio ma chęć - a często ma - po przetruchtaniu kółeczka idę już spacerowym krokiem dalej. Jakby ktoś nie wiedział, wydma zaczyna się zaraz za Urzędem Dzielnicy Białołęka, za ul. Pomorską las ustępuje miejsca tarchomińskiemu cmentarzowi, a później należy wypatrzeć przesiekę zwaną ul. Leśnej Polanki, która niewyraźnie krzyżuje się z ul. Hanki Ordonówny, i dalej jest sobie ulicą Leśnej Polanki, a potem też biegnie hen, hen, już pod inną nazwą, ale nadal wyżej, niż okolica. 

Uwielbiamy z psiuńciem wydmę. Kiedyś przy Leśnej Polanki stała przepiękna, choć zaniedbana willa. Niestety, spłonęła kilka lat temu, straszy wypalonym dachem. A za szkołą można zapomnieć, że to olbrzymia warszawska sypialnia, bo trafia się na wieś.

Czasem zabieramy z psiuńciem aparat i szukamy wiosny. Zdjęcia robiłam dwa albo trzy tygodnie temu, niewiele w kwestii wiosny się od tego czasu zmieniło na wydmie. No kiedy ona przyjdzie, co?

wtorek, 15 marca 2016

Wilanowskie światełka

Jeśli ktoś nie był w ogrodzie świateł w Wilanowie, to...
to nie ma czego żałować. Zwłaszcza jeśli wcześniej zaliczył bożonarodzeniowy spacer Traktem Królewskim i widział rozświetlone Krakowskie Przedmieście i pił grzańca pod św. Anną i jeździł na łyżwach w Rynku. To zajęcia atmosferne i do zimy pasujące.
A ogród świateł w Wilanowie to zdzierstwo i kupa. Świateł, oczywiście.

Na dziedzińcu kareta zaprzężona w rumaki, nawet nie pamiętam, ile tych koników było - dwa? sześć? Na znajomej pięciolatce wrażenie zrobiły zerowe. Obok instalacja światło-dźwięk - znaczy choinka z mrugającymi lampkami podłączonymi pod kolędy. Znaczy potpourri muzyki klasycznej i świetlne fontanny i inne wzorki. I tuż przed Oranżerią - zajebiście zielony (taka markerowa zieleń) ogród przerośniętych kwiatów, motylków i bożych krówek wielkości prawdziwej krowy - jako jedyny naprawdę fajny.  Ale jeśli dodać do tego przenikliwe zimno warszawskiego przedwiośnia, trwającego od listopada i odległość od cywilizacji do Lemingradu (i pałacu w Wilanowie) - to rzecz przestaje się opylać całkowicie. Mapping o wydrze wyświetlany na ścianie frontowej rezydencji króla Jasia uratował wyprawę, połączony jeszcze z gofrem i herbatą w ubożuchnej kawiarni.

Ogród świateł w Wilanowie jest jak Zimowy Narodowy - trzeba pójść raz. Żeby już nigdy nie chcieć tam wrócić.

niedziela, 21 lutego 2016

Nie ma to jak rower

Rower to genialne ćwiczenie aerobowe, łączące przyjemne (zwłaszcza w śniegu z deszczem) z pożytecznym, to jest dojazdem do ukochanej pracy. Trudno jednak dojeżdżać do ukochanej pracy w weekendy, zwłaszcza te, w które pada śnieg z deszczem. A ja właśnie nauczyłam się kręcić hula-hop.

Bo to było tak.
Nabyłam śliczny czarno-biały model w GoSporcie. Przeceniony, bo miał zniszczone pudełko. Złożyłam, zrobiłam sobie fefnaście siniaków na stopach i kostkach i ucieszyłam bardzo sąsiadów, którzy słyszeli co wieczór co chwilę łuuuup, a potem kuuur....a. 
Potem przyszła Babcia. - Ale macie ładne coś! - ucieszyła się i wyjęła coś zza kanapy. Poprzesuwała krzesła i kręciła dobrą minutę, wspominając radośnie, że mają kilka takich w Klubie Emeryta. A potem powiedziała mi, co robię źle.

Jak nauczyłam się robić dobrze, to kręciłam przy fajnym filmie godzinkę. Teraz mam zakwasy. A hula hop też tego nie przeżył. Rozpadł się był, bo plastikowe bolce na łączeniach szlag trafił. Teraz trzyma się na klej cyjanoakrylowy typu kropelka i taśmę izolacyjną...

Ale wiecie co?
Od Srody Popielcowej schudłam 3 kg i chudnę dalej!