sobota, 29 listopada 2014

Pedałowanie

Na zimowe pedałowanie zaopatrzyłam się byłam w opaski diodowe z Lidla (jedną oddałam psu Przelatka, bo czarnego malucha nie widać w ciemnościach), nowe dynamo (poprzednie starłam do cna zaledwie po tysiącu kilometrów), lampki sygnałowe, odzież funkcyjną (również z Lidla), softshell i niby-puff (ze sklepu dla turystów), kamizelkę odblaskową i inne takie, żebym się świeciła jak choinka wielkanocna. Przerzutki i hamulec mam w piaście, więc mam nadzieję, że nie będą mi odmawiać posłuszeństwa.

Zaopatrzyłam się też w słuchawki - po drodze słucham sobie o szemranym życiu niegdysiejszej Warszawy, albo o jej życiu intymnym (to ostatnie to typowy chwyt marketingowy - mowa jest po prostu o spędzaniu czasu wolnego), albo o Powstaniu, zarówno z punktu widzenia Rudego, Alka i Zośki, jak i z punktu widzenia Maniusia z Cafe pod Minogą, albo Dzienników Tyrmanda, albo wspomnień żony wieloletniego ambasadora USA w Polsce, pani Davis. Żałuję przeogromnie, że "Korzeni Warszawy" nie ma na youtube, bo ta seria stanowi ostatnio moją ulubioną lekturę. Na znanej trasie czuję się ze słuchawkami bezpiecznie i nawet jestem w stanie odbierać przekaz :D

Jakby ktoś Wam wmawiał, że rower świetnie robi na figurę, to mu/jej nie wierzcie. Po pierwsze, jeść się po nim chce. Po drugie, jeżdżę, jeżdżę od miesięcy i efektów nie widzę :(

piątek, 28 listopada 2014

Jak mówić, żeby dzieci słuchały?

Jako rodzice niewydolni wychowawczo wybraliśmy się na odpowiednie kursy. Uczą nas tam rozmawiać ze swoim dzieckiem, stawiać mu granice i wyciągać konsekwencje. Staramy się stosować poznane metody. Po dwóch miesiącach wychodzi nam to tak:


Przelatek wraca ze szkoły ze łzami w oczach.
- Przelatku, wydaje mi się, że spotkała Cię jakaś przykrość?
- Zejdź ze mnie.
- Martwię się, kiedy płaczesz, a ja nie wiem, co się dzieje.
- Myślisz tylko o sobie!


Przelatek odkrył kolejna psią kałużę pod biurkiem.
- Co za durny kundel!
- Jesteś zła na psa?
- Czy możesz nie rozmawiać ze mną zdaniami z podręcznika? Mówiłam, że wam na tych kursach tylko siana do głowy nakładą!


Przelatek wybiera się do szkoły. Przypominam o kurtce - na dworze około zera. Przelatek mnie olewa, powtarzam więc groźniejszym tonem.
- Biedna, naiwna mamusia, - łagodnie, z politowaniem mówi Przelatek - ona naprawdę myśli, że jak każe mi założyć kurtkę w domu, to ja jej nie zdejmę jeszcze w windzie...
Następnego dnia wychodziła do szkoły później, niż ja do pracy. Padał śnieg z deszczem, dziecko miało na sobie krótkie spodenki, t-shirt i badziewny softshell z Lidla... 

czwartek, 27 listopada 2014

Hoża Blondynka

Jak tylko wyrwałam się spod matczynych skrzydeł, wioząc w ojcowskim plecaku ze stelażem bigos i fasolkę do Warszawy, zafarbowałam sobie włosy. Na blond. Samodzielnie, rozjaśniaczem Joanny. Efekt był piorunujący.
Mimo uniwersyteckiego indeksu, który nosiłam w torbie, żółte siano na głowie musiało jakoś wpływać na zawartość samej łepetyny, inaczej bowiem nie da się wytłumaczyć faktu mieszkania w przedwojennej kamienicy na Koszykowej w czasie studiów i odkrycia jej najbliższego otoczenia dopiero teraz, kiedy studia wybiera sobie moja córka. Ewentualnie to szklane opakowanie fasolki wpływało na stan umysłu.
Przelatek, świadoma, iż wyboru ostatecznego przyjdzie jej dokonać za jakieś 9 lat, waha się na razie między fizyką a stosunkami międzynarodowymi. Ja postanowiłam już teraz zwizytować na wszelki wypadek Wydział Fizyki UW, a przy okazji tereny Politechniki, bo dziecię chce być wynalazcą. Może pójdzie w moje ślady i wybierze sobie kierunek, o którym wszyscy pytają "a co to jest"? Ja studiowałam lingwistykę stosowaną, ona może mechatronikę...

Jeszcze w połowie XIX wieku tereny na południe od Alej Jerozolimskich to była wiocha. Zacznijmy od tego, że w ogóle Warszawa była wiochą, prowincjonalnym miastem gubernialnym gdzieś na zachodzie Imperium Rosyjskiego. Rogatki Jerozolimskie były na placu Zawiszy, Mokotowskie do tej pory stoją na placu Unii, Marymonckie były tam, gdzie plac Wilsona - okopy Lubomirskiego można na rowerze objechać w godzinkę, a potem jeszcze trzydzieści minut pedałować wzdłuż Wisły, ewentualnie skoczyć na drugą jej stronę do rogatek Moskiewskich i Petersburskich. Mokotów, Ochota, Żoliborz, Wola - dzielnice, z dumą podawane jako adresy rodowe przez warszawiaków "z dziada pradziada" - zostały do miasta przyłączone w 1915 roku, czyli ci pradziadowie to raczej na przedmieściach mieszkali, a ówczesna Hoża to taką Białołęką była :D

Zabudowywana była na przełomie wieków tak samo jak Białołęka sto lat później - bardzo gęsto, tanimi czynszówkami, poprzetykanymi gdzieniegdzie fabrykami. W kamienicach frontowych mieszkali lekarze (tu zresztą przeniesiono szpital Dzieciątka Jezus ze Szpitalnej), adwokaci i tacy tam, w oficynach biedota (doktorek płacił za wynajem nawet pięćdziesiąt razy więcej niż szewc). Przy Hożej 51 istniała destylarnia wódek, potem drukarnia Orgelbrandów, szpital polowy, fabryka papierosów, a na końcu - aż do 2010 roku! - fabryka serów topionych Serwar. Dzisiaj zajmują ją, jak wszelkie pofabryczne miejsca, modne knajpki, teatr i inne artystowskie sklepiki. Podobnie jak zresztą przy Emilii Plater (niegdyś Leopoldyny) - tam, gdzie teraz jest buddyjska kawiarnia, kiedyś była odlewnia zakładów aparatów miedzianych Adolfa Witta, do dziś stoi tam komin z inicjałami właściciela.

Śródmieście Południowe nie poniosło takich strat, jak Północne - kamienice były wyburzone w szachownicę - zostawało parę i po parzystej, i po nieparzystej stronie ulicy. Budowano je dość późno, już w XX wieku, miały więc nowoczesne stropy i niepalne klatki schodowe. "Moja" przy Koszykowej była wypalona, dość znacznie ją po wojnie przebudowano, ale istnieje. Ostańce przy Wspólnej, Pięknej, Pańskiej są teraz w większości dość pieczołowicie odnawiane przez prywatnych inwestorów, którzy urządzają w nich biura, wykwaterowując mieszkańców - przeciwko czemu protestują m.in. squattersi z Wilczej.

Nieoczekiwanym ostańcem jest dom przy Marszałkowskiej 81, który kiedyś był drugą, albo i trzecią oficyną kamienicy przy "starej" Marszałkowskiej - otynkowany i pomalowany właściwie nie odróżnia się od mdmowskich sąsiadów, a przecież kryje fantastyczne podwórko z kapliczką.

środa, 26 listopada 2014

Zapaleńcy Białołęki

- Mamo, a wiesz! - z roziskrzonym wzrokiem wołała Przelatek - a wiesz, co oznaczają winogrona na nagrobku, mamo? Na cmentarzu w Tarchominie? Wiesz, mamo?

Zastanowiłam się chwilę i przypomniałam sobie grób Josepha Labeya, który też mi się spodobał, kiedy zwiedzałam nasz cmentarz, i pytałam o niego Historyka. Labey był właścicielem winnic na wydmie, tam, gdzie teraz las między nekropolią i białołęckim Ratuszem, i po drugiej stronie Modlińskiej, tam, gdzie dziś osiedle... Winnica, oczywiście.

- Mamo, i jeszcze tam była taka pani, co była chora, lekarze jej zabronili wstawać, a ona wstała jak mąż był  w pracy, i dzbanek jej wypadł z rąk i padła martwa! I mąż przychodził na grób i włączał jej muzykę, bo ona lubiła!
- I wiesz, jak nas pytali o powstańców, to ja opowiedziałam tą historię o aptece na Krakowskim Przedmieściu, co Gryf ją napadł, żeby zabrać bandaże! A wiesz, że powstańcy są pochowani na Białołęce?

- Ten pan, Włodkowski Bartłomiej, to widać, że on to uwielbia! Aż tańczył, jak nam to opowiadał! I ubłagaliśmy naszą panią, żeby go znowu zaprosiła! 

To prawda, Bartek Włodkowski to uwielbia. I robi bardzo dużo dobrego, m.in. poprzez Fundację Ave. Mamy w dzielnicy ludzi, którym się chce, i na dodatek obdarzeni są charyzmą, która pozwala im swoje pomysły realizować.
Dzięki, Bartku!




P.S.
Warto, bardzo warto odwiedzić cmentarz tarchomiński. Ma długą, co najmniej dwustuletnią historię. Można na nim znaleźć kilka perełek sztuki funeralnej z XIX wieku, i groby ludzi różnych wyznań - ewangelików, katolików rzymskich i polskich... Trzeba czasem dobrze się nachodzić, naprzeciskać pomiędzy nagrobkami, bo cmentarz od dawna za ciasny, a po dziś dzień czynny, ale warto!

wtorek, 25 listopada 2014

Na południu nie ma czasu

Kiedyś mieszkałam tuż obok hali na Koszykach. Wynajmowałyśmy z koleżanką półtora pokoju u przemiłej starszej pani, która opowiadała nam fascynujące historie, o ile była w domu - bo była to najaktywniejsza staruszka, jaką znałam. Chodziła na brydżyka albo urządzała go u siebie - ubogie studentki dostawały wtedy odrobinkę tego czy owego, a gotowała przedstawicielka znakomitego wileńskiego rodu wspaniale. Za przetarcie z kurzu imponującej kolekcji dzbanuszków do kawy przed świętami można było dostać dla rodziców kawałek najlepszego na świecie mazurka pomarańczowego albo wybitnego, kruchego pasztetu, mielonego na starej radzieckiej maszynie, w tym celu tylko wyjmowanej z przepastnych, przedwojennych szaf kuchennych. Jeździła na koncerty do Radia, a raz urwała się w góry na parę dni, nie informując o tym rodziny i wprawiając ją w niezły popłoch. Kiedyś pomagałyśmy jej znieść jakieś bambetle do piwnicy - gotycko sklepione podziemia miały podobno połączenia z sąsiednimi kamienicami i można nimi było przejść co najmniej do szpitala na rogu ulicy.

Na Koszykach były klimaty. Starsza pani, o nienagannej figurze, bywała czasami zaczepiana wieczorami przez panów, szukających dziewcząt spod Marriottu (Hoża i okolice słynęły z, hmm, autostopowiczek). Przepraszali, jąkając się, kiedy się do nich odwracała. Na Koszykach usłyszałam najmilszy komplement w życiu - kiedy mrocznym listopadowym porankiem szłam do pracy, nieszczęśliwa, bo ciemno, zimno i do domu daleko - koleś spod całodobowego monopolowego wymamrotał do kumpla z pijanym zachwytem: "ty, patrz, ale kuuuuurwa idzie!".

Nie doceniałam wtedy przedwojennego uroku zachowanego Śródmieścia. Nie wiedziałam, że secesyjne i eklektyczne perełki Lwowskiej, Poznańskiej, Mokotowskiej, placu Politechniki, Bagateli czy Flory, niezrozumiała francuska gwiaździstość placów to rzecz w Warszawie unikalna. Zresztą, uczyłam się, pracowałam, pisałam pracę magisterską - czasem tylko trafiałam w miejsce i czas absolutnie magiczny - na przykład pusta aula Politechniki o wschodzie słońca, albo jakaś klatka schodowa z witrażowym okienkiem, albo latarnia w bramie, którą chodziło się na skróty do ujęcia oligocenki.
Teraz szukałam tych miejsc z premedytacją - z premedytacją nie da się ich znaleźć. Magia czy genius loci ujawnia się niespodziewanie, w wyjątkowo przychylnym zbiegu okoliczności. Trudno o taki zbieg, kiedy się pędzi uliczkami z aparatem, adres jest zupełnie "nie po drodze", a w domu czeka dziecko...


poniedziałek, 24 listopada 2014

To dziwne, ale tęsknię...

Wiecie co?
Zaczęłam tęsknić do Moskwy. Na moim starym blogu widget pogodowy wskazuje w rosyjskiej stolicy -7 stopni i lekki śnieg. Nudny korek na Wisłostradzie nijak się ma do agresywnego, pełnego klaksonów i wariatów zatoru na Sadowym. Rozmowa telefoniczna z byłymi sąsiadami przypomniała mi specyficzną atmosferę naszej klatki schodowej i gałąź, na której wieszałam gadżety pór roku w służbowym mieszkaniu.
Zatęskniłam do siebie samej sprzed roku-dwóch, do atmosfery tamtego miasta, do tamtych chodników, do tamtego metra, tamtego tłumu. Nagle sobie to wszystko przypomniałam.

Ciekawe...

niedziela, 23 listopada 2014

O wadach czytania przewodników (między torami)

Mój osobisty Historyk ma fijoła na punkcie pociągów, lokomotyw i torów. Po dziesięciu latach małżeństwa też do mnie przemówiła ta poetyka, a że autor Pascalowego przewodnika także wykazywał elementy fascynacji kolejami żelaznymi, uległam plastycznemu opisowi rowerowej trasy przez Odolany, na której zebrać miałam - wg wspomnianego autora - również materiał fotograficzny do tezy, że Warszawa to wiocha, w postaci stuletnich drewnianych chat wiejskich.

Efekt: bliskie, choć niegroźne, spotkanie z autochtonami o facjatach świadczących o cierpieniu na choroby zawodowe dyplomatów*, pięć złociszy do tyłu, wydane na prostowanie drutów przedniego błotnika**, doskonały antycellulitowy masaż siodełkiem piątego, jak to mówią Rosjanie, punktu oparcia, i parę zdjęć sympatycznych osiedli kolejarskich - przedwojennego przy Armatniej, i powojennego - Przyce. Tego powojennego nie sfociłam, zrobiłam za to zdjęcie przystanku kolejowego przy osiedlu - jedyny w swoim rodzaju.

Na Armatniej zachwyciłam się wiaduktem, i słusznie! Okazało się powiem, że to "paraboliczny wiadukt sklepiony drogi żelaznej warszawsko-kaliskiej", niósł kolej szerokotorową i jest jednym z dwóch zachowanych zabytków tego typu! Pozostałe rozwalano przy okazji zmiany szerokości torów. Ten się ostał, bo w międzywojniu wyłączono już ten odcinek z użytkowania.

Reszta warszawskiego obszaru Odolany składa się głównie z obiektów kolejowych i torów. A potem zaczynają się Włochy.
Stuletnich chat wiejskich nie stwierdzono.




*Do chorób zawodowych dyplomatów zalicza się podobno żylaki (od przyjęć na stojąco) i alkoholizm (od całej reszty).
** Ulica Gniewkowska wybrukowana była trylinką. Bardzo, bardzo dawno temu. Bardzo, bardzo starą trylinką.