czwartek, 20 listopada 2014

Spódnica za kolano i szpilka 12 cm...

To, że pracuję teraz w Warszawie, nie znaczy, że przestałam interesować się Rosją.
W Petersburgu wprowadzono niedawno rekomendacje dreskodowe dla niemundurowych pracowników Policji. Dokument dotyczy przede wszystkim pań, i sugeruje rezygnację z minispódniczek, odkrytych brzuszków, koronek, dekoltów, siatkowych rajstop, zielonych włosów, perfum, powodujących dyskomfort u otoczenia, krzykliwej biżuterii i tak dalej i tak dalej.
Wszystko jasne, tylko dlaczego...
dlaczego wysokość obcasa ograniczono do 12 cm?
12 cm ma iPhone5, wg serwisu Fontanka.ru, który poświęcił artykuł policyjnym ciuchom.
Może ktoś ma słabość do szpilek?




P.S. Jak się odmienia dress code? A jak od dress code'u utworzyć przymiotnik? A jak to ładnie po polskiemu napisać?

środa, 19 listopada 2014

Gdzie tramwaje pętle mają, z gumy robią trzcinę, a rzymskie kolumny podpierają polskie kościoły





Pierwsza w Warszawie zajezdnia tramwajowa była na Inżynierskiej. Pierwszą praską zajezdnię tramwajów elektrycznej (największą w Warszawie) zbudowano w 1925 roku na Kawęczyńskiej, w Michałowie, tudzież na Szmulowiźnie. Szmul miał na imię Samuel, a na nazwisko Sonnenberg, i był najbogatszym gościem w okolicy. Kumplował się ze Stanisławem Augustem, a do jego potomków zalicza się Henryk Bergson.
Zajezdnię Niemcy wysadzili w powietrze, ale odbudowywać ją zaczęto jeszcze w trakcie Powstania.

Obok niej jest fajna chawira, chyba socrealistyczna, a na przeciwko - również socrealistyczna, tyle że skromna w wyrazie, ogólnokształcąca szkoła muzyczna, do której nie dostała się Przelatek :( A kilkanaście metrów dalej - drewniana oficyna Burkego z 1900 roku, jeden z ostatnich drewniaków w okolicy.

Na końcu zaś ulicy - ślicznie wybrukowanej, niedawno odremontowanej - olbrzymia, zupełnie nieoczekiwana w tym otoczeniu bazylika. To właśnie ją widać z okien pociągów, zbliżających się od wschodu do... Wschodniej. Największy przedwojenny kościół został zbudowany, żeby... wykorzystać kolumny bazyliki św. Pawła za Murami w Rzymie, które okazały się za krótkie dla włoskiej świątyni, więc na początku ubiegłego stulecia pani Radziwiłłowa przekazała je Warszawie.

Jeśli zaś skręcić w Otwocką, znaleźć można fabrykę pepegów, konserw i marmolady (kolejność odwrotna do chronologicznej), w której obecnie robią kulturę - czyli Centrum Artystyczne Fabryka Trzciny. Nie, trzciny tam nie robiono, tylko Trzcina (Trzciński) tam robi :)

Pewną przesadą byłoby twierdzić, że widziałam w okolicy tyle Policji, co na dworcu Centralnym w dzień meczu Legii z Wisłą, ale przy każdej bytności (a bywałam, ze względu na starania o przyjęcie do OSM, często) natykałam się na spacerujący patrol. A na menelstwo się nie natykałam. Ot, zagwozdka.







wtorek, 18 listopada 2014

Bania w Warszawie

Choróbsko zmusiło mnie do korzystania z komunikacji miejskiej, póki nie odzyskam pełnej wydolności oddechowej. Okazało się, że nie cierpię komunikacji miejskiej :) Z drugiej jednak strony, była bardzo przydatna, bo miłe ekraniki reklamowały promocję w ruskiej bani na Warszawiance. A bania, jak powszechnie wiadomo, to miejsce idealne na wyganianie chorób ciała i duszy. Postanowiłam zaryzykować.

Z pewną taką nieśmiałością spakowałam peeling, glinkę, fajne mydło i balsam, bo zdjęcia nie nastrajały optymistycznie. Odważniej wrzuciłam do torby filcową czapeczkę, prześcieradło i witki dębowe. Z ciężkim westchnieniem przygotowałam kartę płatniczą.

Okazuje się, że kompleks bani, w zamyśle osobny, został dołączony do kompleksu odnowy biologicznej, czyli zespołu saun wszelakich. Do tego w środy jest dzień damski i nie ma obleśnych staruchów z siusiakami na wierzchu. Do tego w ogóle jest promocja 50% dla pań i za dwie godziny bannych rozkoszy zapłaciłam 35 zeta, co jest ceną bardzo, bardzo przyjemną.
I dobrze.

Bo sama bania na Warszawiance jest do bani. Po pierwsze, może w środy nie ma obleśnych staruchów, ale obsługa baru jest jak najbardziej męska, i na dodatek ubrana. Masażysta od witek też był facetem, postawiłam więc na samoobsługę.
Po drugie, nie ma banszczika, który pilnuje pieca, robi parę i w ogóle. Piec jest dziwny i ma coś w rodzaju węgli na górze, i nie nalewa się wody do pieca, tylko na piec, i nie ma czym jej nalewać, bo nie było cebrzyka i chochli.
Po trzecie, w ogóle nie było cebrzyków - gdzie miałam namoczyć witki?
Po czwarte, nie było części zwaną "mylnią" - były prysznice, owszem. Ale absolutnie nie było miejsca na indywidualne i samodzielne rytuały piękności.
Po piąte, podłoga parzyła, zwłaszcza na półce. A klapki należało jednak zostawić na zewnątrz...
Po szóste, jest co prawda barek, ale nie ma w nim za grosz intymności, którą dawały "kabiny" w bani w Moskwie. No i herbat tam mają zdecydowanie za mało.

Spodobał mi się za to bardzo mały basenik na dworze, do którego można radośnie wskoczyć prawie prosto z ciemnego, rozpalonego wnętrza.

Podsumowując: klimat bani nie umywa się do oryginału. Funkcje zdrowotne i ogólnorelaksacyjne zostały jednak zachowane, te ostatnie zwłaszcza dzięki połączeniu z centrum odnowy. Czy warto do Wodnego Parku jeździć z Białołęki? Chyba nie...

poniedziałek, 17 listopada 2014

Stara Praga

Po uruchomieniu metra możemy bez przeszkód podziwiać Targową, główną ulicę Starej Pragi. Regularnie nią jeździłam, Targową i jej przyległościami, nie przejmując się zupełnie opiniami o rzekomym (czy rzeczywistym) niebezpieczeństwie. Stara Praga zrobiła się modna i mnóstwo tam takich freaków, jak ja. Często można zobaczyć chasyda w charakterystycznym ubiorze, w towarzystwie standardowo odzianego przewodnika, albo parę ewidentnie "zachodnich" turystów z mapą w ręce i obłędem w oczach. Miejscowi przywykli i nie zwracają już żadnej uwagi.

Mnie zawsze najciekawszymi zdają się ludzie i ich historie. Nie mam jednak odwagi, żeby zaczepić tubylców - nie tylko praskich, gdziekolwiek. Zawsze obawiam się, że będą urażeni, poczują się potraktowani jak eksponat w zoo. A czasami... wstyd mi za rodzaj ludzki, tak jak wtedy, kiedy za słodkimi aniołkami na rogu Ząbkowskiej zauważam barłogę jakąś, łapserdaka, moczymordę, co do wyraźnie pod ankoholem, na bańce znaczy całkowicie, walają się przy nim butelki po alpadze, czy innym balsamie czystej-ojczystej, a ten kima ucięty, ze sztanami spuszczonymi, aż mu wałek widać. I po co tu takiego fotografować, jakby w innych dzielnicach czy miastach takich nie było...

Zostają mi więc na Pradze budynki. One też są niełatwe, też "zoologiczne". Bramy mają połamane domofony, więc łatwo jest zajrzeć w podwórko i... zdziwić się. W jednym będzie stała kapliczka, w innym leżał pijak, kolejne wygląda dokładnie tak, jak w '44. Praga krótko brała udział w Powstaniu, nie uległa więc tak katastrofalnym zniszczeniom, jak lewy brzeg. Wygląda... trochę jak przed wojną, a trochę nie. Niektóre kamienice po prostu od stu lat nie doczekały się remontu, a tego żaden tynk nie wytrzyma. Inne nigdy otynkowane nie były...

Przedwojenna historia murowanej Pragi jest dość krótka. Miasto, a raczej jurydyka, istniała tu niemal tak długo, jak miasto na prawym brzegu. W 1791 jurydyki zniesiono, a Pragę przyłączono do stolicy. W 1862 roku zbudowano dworzec Petersburgski (Wileński), pięć lat później - Terespolski (Wschodni), sałata (dorożkarze) kursowali od jednego do drugiego i na drugi brzeg, do Warszawsko-Wiedeńskiego, po moście Kierbedzia, który stał na miejscu Śląsko-Dąbrowskiego od 1864 do wojny. Oprócz dużych dworców łączyły się tu linie trzech wąskotorówek - do Marek, do Radzymina i Wawer-Jabłonna. Stacjonowało wojsko, miało cerkiew Marii Magdaleny (1869), katolicy mieli kościół św. Floriana (1891), starozakonni kilka synagog, po najładniejszej z których pozostał skwerek - ten koło teatru Baj, niegdyś zakładu opiekuńczo-wychowawczego dla młodzieży żydowskiej. Bazar na Różycu (1874) tętnił życiem przez ponad 120 lat, również w czasie wojny, dopiero niedawno zaczął podupadać, nie wytrzymując konkurencji z kerfurem i galerią...

sobota, 15 listopada 2014

Trójkąt bermudzki

Dawno to było. Przedawno.
Mieszkałam wtedy na Targówku, a zakupy robiłam w Hicie na Stalowej - mieli w "galerii" stanowisko z genialnymi sokami, wyciskanymi na miejscu z przeróżnych owoców. Jedyny autobus, który dojeżdżał do zajezdni Stalowa krążył wśród kamienic, a pasażerowie trwożnie szeptali:
"trójkąt bermudzki".

Szukając niedawno informacji o Brzeskiej, natknęłam się na stwierdzenie, że to ona jest główną osią trójkąta bermudzkiego, co mnie niepomiernie zdziwiło. I miałam rację! Trójkąt się nigdzie nie przeprowadzał od moich czasów studenckich, choć dziś już pewnie - sądząc z mijanych ludzi i zaparkowanych samochodów - nie cieszy się już tak złą sławą, jak niegdyś. W WSI Trójkąt zwie się Nową Pragą, od jurydyki Ksawerego Konopackiego, włączonej do Warszawy w 1889 roku, a jego granice stanowią 11 listopada, Szwedzka i Stalowa. Kudy mu do Brzeskiej....

Jeżdżąc po uliczkach rozparcelowanej jurydyki po raz pierwszy w życiu... zgubiłam się w Warszawie. Zatraciłam poczucie czasu i przestrzeni, odkrywając coraz to nowe zaułki, fabryczki, kamienice, podwórka, detale. Wjechałam od Szwedzkiej, zachwycając się najpierw dawnymi koszarami (?) - za "moich czasów" istniała tam jeszcze jednostka wojskowa, dziś popadają w ruinę. Potem dojrzałam obiecujący komin fabryczny, i faktycznie - trafiłam do wytwórni "Towarzystwo Akcyjne Fabryki Lamp Braci Briinel, Schneider i Dittnar", producenta lamp ozdobnych, połączonej później z zakładem produkcji mydła pod nazwą "Praga" Towarzystwa Akcyjnego Fabryki Przetworów Chemicznych, potem fabryką mydła "Jeleń - Schicht", a później "Uroda SA". Teraz ma być loft czy cóś.

A po drugiej stronie ulicy - osiedle o czytelnym założeniu urbanizacyjnym, z domem właściciela terenu - Konopackiego - w ścisłym centrum, czyli na rogu Strzeleckiej i Środkowej. Dzisiaj dom należy do miasta i niszczeje, a jest śliczny, z przepięknym ogrodem. Było tam przedszkole, a potem szkoła, i warto chyba, żeby nadal się tam mieściła podobna instytucja.

Niemalże vis a vis - stuletni drewniak, który kiedyś był sądem, potem siedzibą Towarzystwa Przyjaciół Dzieci Ulicy, zorganizowanym przez "Dziadka" Lisieckiego.

Zadbane podwórka, praktycznie pozbawione oficyn (może były drewniane), mieszają się na obrzeżach z nowoczesnymi plombami, starannie odgrodzonymi od zniszczonych, pięknych niegdyś bram i elewacji ze świętymi figurami. Gdzieniegdzie mignie resztka eklektycznego zdobienia, secesyjny łuk, ozdobna balustrada balkonu, przypięta do ściany, bo sam balkon odpadł, fantastyczny żeliwny (?) odbojnik.

Na Inżynierskiej genialna wprost Kamienica Towarzystwa Akcyjnego Przechowywania Mebli A. Wróblewski, na Warszawikii można więcej o niej poczytać. Ma hipsterskie schodki w bramie i bardzo hipsterską knajpkę w podwórku, po rowerach sądząc. Był tam też hipsterski teatr, ale spłonął. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie towarowa winda.

Władze miasta powolutku remontują Pragie - po Brzeskiej chodzą wycieczki, Targowa i Ząbkowska to miejsca modne i reprezentacyjnie odnowione, kupę kasy włożono w Kawęczyńską - ale "Trójkąt" na razie jest niedofinansowany. A to miejsce z duchem krakowskiego Kazimierza, i na taki też los zasługuje. Senne dziś miasteczko - bo takie sprawia wrażenie - może być tętniącym życiem osiedlem kultury i knajp, w oryginalnej przedwojennej aranżacji, której tak mało w zwartej postaci zostało w Warszawie. I pewnie takim osiedlem zostanie - jak każde miejsce z własnym duchem, a z niskim, bo prawobrzeżnym, czynszem...







piątek, 14 listopada 2014

W stronę światła

Listopad to czas, kiedy przeróżne demony atakują wyjątkowo mocno. Ze swoimi, które wpędzały mnie w deprechę, walczyłam przez rok - niedawno moja pani doktor uznała, że jestem wyleczona, i że zmniejszamy dawkę piguł. Wręczyła mi przy tym zeszycik pod redakcją prof. Święcickiego ze szpitala dla czubków, w którym po tabletkach proponują chlebek z pełnego przemiału, tryptofan z białka, witaminki B i kwas foliowy z cieciorki i szpinaku, omega-3 z ryb, magnez, cynk i selen, a wszystko to ładnie podane, w smacznych przepisach i kolorowych ilustracjach.
A ja już wcześniej - intuicyjnie, albo i nie - przygotowywałam się do życia bez protezy w postaci SSRI. Może komuś się przyda w czasie, kiedy ciemno, zimno, a do Bożego Narodzenia jeszcze daleko?
  • Faktycznie, porcja razowca z humusem albo makrelką, posypanymi natką, znakomicie robi na poprawę nastroju - zwłaszcza, jeśli taka przegryzka serwowana jest, w moim przypadku, co dwie godziny. Z tym, że ja nie jadam obiadów w tradycyjnym tego słowa znaczeniu.
  • Zatruwające życie myśli najlepiej jest... wydalić z organizmu. W sposób dosłowny, na przykład je wysikać. Więc warto dużo pić. Wody, bo - znów w moim przypadku - mocniejsze trunki nie lubią się z SSRI, a soki źle wpływają na figurę :D
  • Znalazłam sobie hobby, czaso- i myślochłonne. Spotykam fajnych ludzi w bibliotece, na tematycznych forach, robię to, co lubię, czyli piszę i fotografuję.
  • Hobby wymusza sposób poruszania się, czyli rower. 30 kilometrów dziennie zapewnia mi dwie godziny ruchu, który znakomicie wpływa na wydzielanie endorfin i rozgrzewa, co przydaje się wiecznie marznącym smutasom. Rower jest też dla mnie o wiele przyjemniejszy, niż bieganie, bo ja lubię coś robić "po coś" - i nie wystarczy mi tylko np. chudnięcie. Na rowerze nie męczę się tak, jak truchtając, przemieszczam się z punktu A do punktu B o wiele szybciej, niż z pomocą zbiorkomu, a często i szybciej, niż autem, obcuję też z naturą, bo moja trasa prowadzi z dala od samochodów, za to blisko dzikiej zwierzyny.
No i, jak wcześniej pisałam, uczę się odpuszczania i przemiany z Missis Perfect na Missis Happy, a demony wypuszczam na światło dzienne, żeby zdechły na słoneczku - do tego ostatniego jednak polecam profesjonalną pomoc.



czwartek, 13 listopada 2014

Pod ostatnim mostem

Doskonały przykład warszawskiej niestołeczności stanowią Siekierki.
Swego czasu jeździłam byłam regularnie linią 162, a z okien autobusu praktycznie cały czas można było podziwiać Wisłę. Jechało się wybrzeżem Szczecińskim, mostem Świętokrzyskim, Powiślem, a  potem Czerniakowską aż do końca (trasy i Czerniakowskiej). I zawsze się zastanawiałam, gdzie podziewa się Wisła za mostem Łazienkowskim. Co tam jest, w dole Bartyckiej?

W dół Bartyckiej koniecznie i obowiązkowo trzeba było podjechać, jeśli się te 10-15 lat temu urządzało dom czy mieszkanie. Nie wiem, jak teraz, ale wówczas Bartycka była jednym z kręgów tego piekła, które stanowi konieczność wyboru glazury i wanny, najlepiej dobrej jakości, za rozsądną cenę i zgodną z naszą własną wizją dizajnerską. Nie miałam żadnej wizji dizajnerskiej, nie decydowałam o kosztach, miałam jedynie głos doradczy i jedyne, co pamiętam z Bartyckiej to to, że chciałam stamtąd jak najszybciej uciec.

A Bartycka ma pachnące przecznice - Daktylową, Rodzynkową, Cytrynową - i gościnne przedłużenie - Gościniec. Mieszkali tam dorożkarze, bliżej rzeki - piaskarze i wikliniarze, bo teren był podmokły i w wiklinę bardzo zasobny. Oprócz koni trzymano świnki i kury. W 1915 roku wieś Siekierki została przyłączona do Warszawy, a w 1939 - spalona przez Niemców. Najpierw ogólnie, potem drugi raz - dokładniej. W 1945 roku zaś Dekret Bieruta uniemożliwił de facto odbudowę, bo jak tu budować coś trwałego na nieswojej ziemi? Od śródmieścia za daleko, żeby odbudowywało państwo... Z przedwojennych budynków ostała się chyba tylko szkoła, a po wojnie stawiano chałupki z byle czego, tak, że dziś nie różnią się one zanadto od altanek działkowych po drugiej stronie wału wiślanego.

Wał zresztą jest bardzo piękny i zadbany, kudy nam ze słoikowa do niego. Tyle że... w stronę centrum kończy się ślepo na terenie Stacji Pomp, i nie da się go objechać w żaden rozsądny sposób, bo ogrodzenie Stacji, razem z drutem kolczastym, kończy się w nurcie rzeki, z drugiej zaś strony - w gęstych chaszczach przed wysokim płotem. Można się tylko cofnąć  i albo wybrać Bartycką (NB na Kopcu Powstania Warszawskiego jest zrobiona ciekawa trasa do downhillingu), albo jechać wałem aż do mostu Siekierkowskiego, przy okazji odwiedzając fort Augustówka. Inny to fort, niż pozostałe, bo składa się z paru wałów ziemnych, na których można sobie sportowo postrzelać. Nie ma tu żadnych zabudowań, ani drewnianych, ani murowanych, tylko małe tarcze strzelnicze ustawione w darni i sympatyczna, zarośnięta fosa sporych rozmiarów. 

Z ciekawostek: od 1943 do 1949 roku młodziutkiej Władzi Fronczakównie, mieszkającej przy Gwintowej, ukazywała się Matka Boska. Objawienie nie zostało oficjalnie uznane przez Kościół, ale miejscem tym opiekują się Pijarzy.