niedziela, 11 stycznia 2015

10 lat temu

Kurde, za rok będę matką nastolatki. Auć.

Równo dekadę temu na świecie pojawiła się istotka, która w domowej nomenklaturze zmieniała taksony i przezwiska, bo nie poddawała się klasyfikacji. Istotka o silnym charakterze - czy wręcz charakterku. Istotka, której wychowanie bardziej przypomina nieustającą wojnę, niż pokojowy proces. Istotka, bez której nie wyobrażamy sobie świata.

Hepi berzdej, córeczko.

sobota, 10 stycznia 2015

Lodowiska w Warszawie

Mam taką książkę, która nazywa się "Warszawa - Perła Północy".
No to jak perła północy, to musi być w Warszawie zima. A że o zimę ostatnio dość trudno, to trzeba ją sobie zrobić przy pomocy wężownika z ziębnikiem, tudzież machnąć nawierzchnię na górkę Szczęśliwicką.

Na górce można, wg strony www przynajmniej, jeździć tylko na nartach i snowboardzie, więc się tam nie wybieramy - narty zjazdowe to dla nas element obcy ideowo. Ale łyżwy uwielbiamy obie, poza tym rozbestwiłyśmy się w Moskwie (przewodnik w panelu z prawej), w której lodowisko jest na każdym boisku szkolnym, na wielu podwórkach osiedlowych i w każdym parku, nie mówiąc już o miejscówkach kultowych, typu plac Czerwony czy park Gorkiego, i miejscówkach nietypowych, typu dach 7-piętrowego budynku.

No cóż. Poszaleć to my w Warszawie nie mamy gdzie. Ale źle nie jest.
Na inaugurację sezonu warto wybrać się na "katoczek" na Rynku Starego Miasta. Katoczek to po rosyjsku malutkie lodowisko, to starówkowe określił tak jeden z rosyjskich turystów. Śliczne światełka, RMF Classic w tle i - z braku prawdziwych płatków śniegu - śnieżynki rzucone na stronę Dekerta. Lepiej iść z własnymi łyżwami, bo przejażdżka gratis, a wypożyczenie (fakt, nowego, ładnego sprzętu) - dycha. I z własnym termosem, bo herbatka albo grzaniec też średnio dycha... Siusiać warto przed albo po w knajpie czy przy schodach ruchomych przy trasie W-Z, bo szopa z napisem WC przy bandzie woła o pomstę do nieba.

Na Stegny nam się jeździć nie chce. Za daleko, a radochy jakby mało. Atmosfery nie ma...
Na Torwarze godziny zabójcze.
Na Stadionie jest tak, no, glamurnie. Na Stadionie w sezonie pojawić się wypada. Stadion jest modny, no.
A najlepszy stosunek ceny do jakości mają ślizgawki dzielnicowe. Z własnego doświadczenia znamy naszą, słoikową, i wawerską. Wawerska ma zadaszenie i rynienkę dla maluchów, i elegancki kibelek. Tarchomińska ma za to ogrzewaną szatnię, ale za toaletę robi toi-toi. W ferie świąteczne i zimowe do 14.00 dzieciaki jeżdżą gratis, płacąc ewentualnie 3 zeta za wypożyczenie łyżew. Jest kupa śmiechu i kupa znajomych. No i ścieżka rowerowa wzdłuż całej Strumykowej...

czwartek, 8 stycznia 2015

Wrócić do Pińczowa

Na jednej z licznych półek bibliotecznych w moim mieszkaniu stoi ślicznie wydana przez IPN Księga Świadectw skazanych na karę śmierci. Jakoś KS w poprzednim systemie wcale mnie nie interesują, ale w spisie treści jest tytuł "Wrócić do Pińczowa" - wspomnienia W. Kołaczkiewicza.

Pińczów kojarzył mi się z przystankiem PKSu, z którego kiedyś wyruszyłam z psiapsiółką do jej babci na zapadłą ponidzką wieś. I z jakimś festynem wczesnodziecięcym, z rowerem wodnym i kiełbaską. Nie mogłam zrozumieć, czemu mój Historyk wciąż powtarzał za Kołaczkiewiczem: "wrócić do Pińczowa, wrócić do Pińczowa" - w odróżnieniu od dysydenta, Historyk w Pińczowie nigdy nie był.

Jakby ktoś nie wiedział - Pińczów to miasteczko na Ponidziu, jakieś 60 km na południe od Kielc.
Historyk się uparł, że on w święta musi mieć coś od życia, i rosół kieleckiej teściowej mu do szczęścia nie wystarczy. Zostawiliśmy więc Przelatka z Babcią i wybraliśmy się na małą wycieczkę.

Wróciłam oczarowana. Zima nas zaskoczyła, a światło dzienne kończyło się błyskawicznie, więc niezbyt intensywnie spacerowaliśmy, ale to, co zobaczyliśmy, zachwyciło mnie na tyle, że sama teraz powtarzam tytułową mantrę. Wpadłam po uszy w XVII wiek, fara i Franciszkanie podbiły moje serce, cmentarz o zmroku zrobił niesamowite wrażenie. Na cmentarzu wojennym, szczękając zębami, usiłowaliśmy rozwiązać zagadkę roku powstania nekropolii. Historyk nie kojarzył żadnej wielkiej bitwy na tym terenie i tak późno (pochowano tu prawie 1000 osób, nagrobki są z 1918 roku), i dopiero w Warszawie udało nam się dotrzeć do informacji, że duża część pochówków pochodzi z ekshumacji z innych części Ponidzia. 

Koniecznie musimy wybrać się na kajaki, na przejażdżkę wąskotorówką i na wypad do położonej nieopodal Wiślicy. Tym razem nie zdążyliśmy: kiedy nasze auto zatańczyło na oblodzonej drodze wojewódzkiej, a zamieć ograniczyła widoczność do kilku metrów, czym prędzej wróciliśmy na dobrze osoloną i oświetloną krajówkę...



środa, 7 stycznia 2015

Szopka na Miodowej

Bałam się, że szopkę już zamknęli - większość warszawskich szopek podziwiać można było do wczoraj. Ale nie - wciąż jest, wciąż się rusza :)
Młoda jakoś wcale nie chciała jej oglądać, więc zajrzałam do niej sama. Czego tam nie ma... i św. Jan Paweł II w oknie na pl. Św. Piotra, i ten sam święty w procesji (chyba) do Betlejem, i kaczki, kury i zające, i warszawska starówka, i akwarium z rybkami, i kolejka elektryczna, i anioł z gwiazdą i księżycem wędrujący  po niebie... a Dzieciątko z Rodzicami gdzieś na uboczu tego kolorowego, hałaśliwego (bo w tle grzmią kolędy w wykonaniu ludycznych chórów) świata. 

Przelatek niezmiennie woli żywe owieczki na Długiej. Ja chyba też :)



Filmik ze strony kościoła Kapucynów.

wtorek, 6 stycznia 2015

Kurs przewodnicki

Może ktoś, kto czyta regularnie, zauważył, że pojawiło się mnóstwo odnośników do blogerów warszawskich. Są ku temu dwa powody. Po pierwsze, trafiłam na stronę zrzeszającą część blogerów. Po drugie, dzięki nim mogę poznać Warszawę, której nie nauczę się na kursie przewodnickim...

Kursem jestem odrobinkę rozczarowana.
Spotkała się na nim grupka zapaleńców i miłośników (zawód został uwolniony i niepotrzebna jest licencja, oprowadzać po Warszawie może każdy), którzy chcieli się czegoś nowego dowiedzieć. Jako grupka wiemy wszystko :), każdy z osobna ma wiedzę fragmentaryczną i niespójną. Kurs to niby uspójnia, ale...

ale wykłady, wykłady, wykłady są nuuuuuuuuuuuuudne. I ja to wszystko wiem (była do tej pory historia Polski i wstęp do zarysu historii architektury). A na wycieczkach (również w większości "wykładowych", uczestnicy kursu dostają łącznie 12 minut na swoje wystąpienia - w ciągu 5-6-godzinnego spotkania) percepcja siada mi gwałtownie po 120 minutach najpóźniej. Wędrujemy zresztą szlakami doskonale opisanymi w przewodnikach, spacerownikach i innych takich, i właściwie... to ja to wszystko wiem. A i tak nie potrafię powtórzyć, bo nazwiska architektów i daty budowy zaczynają mi się mieszać dokumentnie już w pierwszej minucie :D Wiek rozpoznaję na oko, dzieła miszczów, w gruncie rzeczy, też, bo miszczów jest może po dwóch na epokę, reszta mi niepotrzebna, więcej, wydaje mi się - choć może to po prostu przeniesienie - że nikomu innemu też nie jest potrzebna.

A całość zajmuje piątkowy wieczór, sobotę i niedzielę, tydzień w tydzień, z małym grudniowym luzikiem. Tego się po prostu ni da zrobić. Nawet z Nidagipsem. Mimo, iż pracują z nami wspaniali ludzie, którzy jak mało kto znają się na swojej robocie.

I nie ma tam sposobów pracy z różnymi grupami - bo przecież co innego opowiem przedszkolakom, a co innego emerytom, co innego Japończykom, a co innego Niemcom. Ba, w ogóle o pracy z grupą jest niewiele, jakieś drobniutkie wzmianki "przy okazji". I mało jest dykteryjek i anegdot, które najłatwiej wszak zapadają w pamięć. I w ogóle to bardziej przewodnik po kursie przewodnickim, który trzeba sobie zrobić samemu, za pomocą dupogodzin w Bibliotece na Koszykach.

I nie ma tam - ale to oczywiste - smaczków lokalnych, charakterystycznych dla danej dzielnicy. Te wyszukują blogerzy. Dlatego - z całym olbrzymim szacunkiem dla dorobku Jarka Zielińskiego - będę czytać, oprócz Atlasu ulic, warszawskie blogi. 


niedziela, 4 stycznia 2015

Rośnie nowe pokolenie

Przelatek miała spotkać się z dawno niewidzianym Przyjacielem. Pod kościołem św. Anny, skąd dzieci miały wyruszyć w samodzielną wyprawę autobusową na Tarchomin - stamtąd jeździ bezpośredni autobus. Przelatek zapytała mnie o zgodę na "romantyczną wycieczkę po Starówce" bez opieki dorosłych, bo ona Przyjacielowi chce pokazać...
- wszystkie style św. Anny;
- gąsienicę i cegłę-palcówkę w katedrze;
- dzwon na Dziekanii (bo tam był cmentarz, mamusiu!);
- gołębie, karmione w ruinach na Piwnej;
- gotycki portal kamienicy Wilczkowskich na stronie Kołłątaja;
- lodowisko na rynku;
- kamienicę pod trupkiem vel Salvatorem;
- psią brodę, czyli Barbakan;
- i może jeszcze fresk na kamienicy przy kościele Dominikanów na Freta...
"Bo wiesz, mamusiu, on się w Warszawie urodził, ale od jakiegoś czasu jego miasto to jest Moskwa!".
Z wycieczki w końcu nic nie wyszło, bo tata Przyjaciela stwierdził, że jednak odwiezie towarzystwo samochodem. Ale mnie opadła szczęka.

Kiedy ćwiczyłam z Przelatkiem różne sytuacje - kogo pytać o drogę, jeśli wokół sami turyści, jakie są główne punkty orientacyjne na Starówce, jakie są telefony do rodziców w przypadku zgubienia komórki, jak zapamiętać miejsce i stronę przystanku (św. Anna - jak mama ma na imię, przystanek przy światełkach), i pamiętajcie, ulice przechodźcie tylko na pasach, na Starym Mieście nie ma ruchu, ale postarajcie się nie wpaść pod samochód - Przelatek w końcu się wkurzyła.
"Dobrze, mamo, na pewno zgubimy się na Świętojańskiej, a jak się już znajdziemy i dojedziemy na Białołękę, to spalimy dom!".

Nie spalili...




piątek, 2 stycznia 2015

Termometr Wujka Tomi'ego

Zastanawiałam się, do której kategorii należę.
Przestałam jeździć do pracy na rowerze na początku grudnia - ciągle nie mogłam wyzdrowieć. Ostatnio bardzo, bardzo mnie kusiło, ale umówiłam się z dzieciakiem na lodowisko na Starówce po pracy, a po ciemku nie będę wiozła na bagażniku ciężkiego Przelatka i dwóch par łyżew.
Po osiedlu jeżdżę nadal - do sklepu, do muzycznej czy na naszą lokalną ślizgawkę przy Strumykowej.

Mam czapkę z pomponem, jak szykowna rowerzystka, ale zakładam kominiarkę, bo pompon nie mieści się pod kaskiem.
Mam rękawiczki w gwiazdki i renifery, ale przy -10 zakładam takie z jednym palcem i futrem w środku.
Mam za to dzwonek z uszami i wąsami, jak kotek, i zielony klakson-trąbkę w kwiatuszki. I wiklinowy koszyk. I zamówiłam sobie naklejki na allegro.
To może jednak jestem szykowną rowerzystką?
Chyba wiem, kto był pierwowzorem. Jej blog też mi się podoba :D