środa, 11 lutego 2015

Przelatek - psycholog

Historyk jest osobnikiem mocno ekscentrycznym, a na dodatek aktywnym głównie w nocy. Historyk w nocy robi różne rzeczy, ale rzadko jest to spokojny sen. Współistnienie z Historykiem w jednym mieszkaniu wymaga czasem stoperów i maski na oczy.

Pewnego dnia Przelatek zapytała:

- Mamo, ja rozumiem, że tatuś rozładowuje napięcie, odkurzając o 3 w nocy. Ale może da się go nauczyć innego sposobu rozładowywania napięcia? Może stopniowo mógłby się przyzwyczaić np. do oglądania telewizji?

Sprytna bestia, w ten sposób będzie miała matkę w swoim pokoju. Bo mnie lata, czy mnie budzi ryk odkurzacza, czy BBC News. A w jej pokoju nie ma telewizora...

wtorek, 10 lutego 2015

Cmentarz Powstańców Warszawy


A co tu dużo mówić...
Za parę tygodni ukaże się post o rzezi Woli.
A teraz... staliśmy pod kurhanem i zastanawialiśmy się, z ilu ton ludzkich szczątków był zbudowany. Nic te tony nie mówią. Ani czy to było 40, czy 50 tysięcy ofiar. Magia wielkich liczb.
Spory, prowadzone w minionym ustroju o upamiętnienie Powstania też w tym miejscu mnie wcale nie interesowały.
Patrzyłam na tablice z nazwiskami ofiar - całych rodzin, z dziećmi, niemowlętami, i dopiskiem "i 600 nieznanych" i było mi niedobrze. Konkretny napis "Józefa Hayn, lat 10" robi na mnie o wiele większe wrażenie, niż tony i tysiące :( 

Zawsze mi niedobrze, kiedy coś przerasta moje wyobrażenie.








poniedziałek, 9 lutego 2015

Z obserwacji zwierzyny domowej i rozmów z Przelatkiem

Przelatek źle się poczuła w nocy i nie poszła na lekcje.
Kiedy wróciłam z pracy, zaczęłyśmy się zastanawiać nad zadaniami na kolejny dzień.
- O, kurczę - zauważyła Przelatek - dzisiaj miał być test z "Mikołajka".
- Przeczytałaś? - zaniepokoiłam się.
- Przeczytałam, ale w wakacje.
- Ojej, to co z testem?
- Tak, mamo, byłam dzisiaj w szkole i dostałam z niego piątkę, wiesz?



Przelatek zostawiła kartkę z wydrukowaną pracą domową z przyrody na moim biurku do wyschnięcia.
Rano kartki na biurku nie było, były za to ślady sprzątania, którego, jako istota z natury leniwa, z całą pewnością nie robiłam. Swojej córki też o to nie podejrzewałam.
- Ja zabiję twojego tatusia! - warknęłam, kiedy Przelatek poinformowała mnie o braku.
- Za co, za co... - sennie zamruczał Ojciec Przelatka z łóżka.
- Ooo, jest! - westchnęłam z ulgą, odkrywając kartkę na ładnie ułożonym stosiku.
- Tym razem będziesz żył - uspokoiła tatusia Przelatek.


Przelatek z Psem spędzili ferie u Babci, która wychowuje Szczeniaka - tej samej rasy, ale z zupełnie innej hodowli. O ile Pies to arystokrata o prawie nienagannych manierach (za maniery naganne odpowiadam ja), Szczeniak dobrze zna życie, a jego ogłada wymaga jeszcze nieco pracy. 
Pies wrócił do domu i natychmiast spotkał naszego Kota, któremu nie spodobał się comeback pretendenta do ciepłej kołdry państwa. 
- Szaaaa! - powitał go Kot. Pies się cofnął.
- Szaaaa! - powtórzył Kot, machając łapą z pazurami.
Pies, który wcześniej w takich przypadkach salwował się ucieczką, piszcząc przeraźliwie, tym razem zaprezentował reakcję zupełnie nieoczekiwaną:
- Wrrrrrr! Hau, hau, hau, hau!
Zdziwiony Kot oddalił się z godnością. No, prawie z godnością. Na wcześniej upatrzone pozycje.
Następnie Pies, chcąc zwrócić uwagę Pani na swoją pustą miseczkę, po dłuższej chwili patrzenia w oczy i przymilania się... chwycił ją delikatnie zębami za łydkę. Niech się zainteresuje!

Zaczynam rozumieć, czemu Przelatek rok temu została posadzona w ławce z najgorszym łobuzem w klasie...

niedziela, 8 lutego 2015

Bielańska i Hipoteczna









Kiedy jeszcze przed wyjazdem do Moskwy zdarzało mi się jechać trasą W-Z w stronę Pragi, fascynowały mnie dramatyczne ruiny przy Bielańskiej. Jakiś czas temu postanowiłam je odnaleźć, i... zdziwiłam się. Bowiem "moich" ruin nigdzie nie było, a w ich miejscu lśnił szkłem i bielą nowoczesny biurowiec, bryłą przypominający przedwojenny Bank Polski, stojący w tym miejscu. Bliższe zapoznanie się z Bielańską pozwoliło podziwiać ślady po kulach w skrzydle oryginalnego Banku (hmmm, i eleganckie białe zasłony w oknach częściowo zabitych dyktą), a także wzruszający symbol Polski Walczącej na miejscu dawnej reduty powstańczej. Ruina, która tu była przez tyle dziesięcioleci, miała przytulić Muzeum Powstania Warszawskiego, ale miasto nie miało możliwości wyprostowania własności działki, udało się to dopiero prywatnemu inwestorowi.

Chyba dobrze. Okazało się, że czerwona ściana, która ocieniała Trasę, to ściana szczytowa hali kasowej - i że można wejść do biurowca i obejrzeć ją sobie. Jak i drzwi do skarbca, umieszczone ładnych kilka metrów nad ziemią.

A zza Banku nieoczekiwanie wyjrzeli królowie z Kamienicy pod Królami, o której czytałam, przypominając sobie "Kamienie na szaniec"... 

piątek, 6 lutego 2015

Zejść ze ścieżki - Kozia





Wąziutka, romantyczna uliczka z "mostem westchnień", łączącym budynki dawnego Hotelu Saskiego, z oryginalnym przedwojennym brukiem, w połowie długości sąsiadująca z ogrodem Prymasowskim, wydaje się miejscem pozbawionym wszelkich niespodzianek. I, jak zwykle, na "oczywistej" Koziej doznałam kolejnego szoku.

Czekałam sobie na autobus na Krakowskim, bo mi był uciekł, skurczybyk, i przyglądałam się kamienicy Towarzystwa Akcyjnego Żyrardowskiego. Wisi na niej tabliczka WSI o napadzie na aptekę, dokonanym przez Brochwicza-Lewińskiego "Grota" w czasie Powstania, rozszyfrowałam więc ten napis i wszystkie inne w pobliżu. M.in. ogłoszenie o możliwości wynajmu pięciu kondygnacji. Przemknęłam znudzonym wzrokiem aż do dachu i zastanowiłam się. Bo pięć (czy nawet sześć) kondygnacji to ona miała, ale przed wojną! Odbudowano ją w kształcie bardzo luźno przypominającym oryginalny, bo za bardzo górowała nad niziutkimi sąsiadkami i zaburzała proporcje klasycystycznej, w zamiarze BOS, ulicy.

Musiałam to sprawdzić. Pognałam na Kozią, obejrzeć kamienicę z drugiej strony. Zahaczyłam o kostkę brukową, wyciągnęłam się jak długa na chodniku, łamiąc parasolkę, i pobiegłam dalej (bo autobus przecież za parę minut). Jest! Od drugiej strony poddasze jest użytkowe! Tajemnica rozwiązana! Spojrzałam wkoło zwycięskim wzrokiem i zamarłam.

Bo w ogrodzie prymasowskim bezczelnie rozpierał się normalny (no, może trochę bardziej luksusowy) blok z lat siedemdziesiątych. O wysmakowanych modernistycznych proporcjach, ale co on, u diabła, robi wśród historyzującego otoczenia??? I dlaczego ja go wcześniej nie widziałam???

Albo mnie nie obchodziło, co widzę, albo w inne pory roku zieleń go skrzętnie ukrywa. A warto mu się przyjrzeć z bliska. Zobaczcie sami.

środa, 4 lutego 2015

Najstarszy szpital w Polsce

Nie wszyscy wiedzą, że w samiuteńkim centrum Warszawy, na rogu Świętokrzyskiej i Nowego Światu, mieści się Warszawski Szpital dla Dzieci.
Chociaż napis jak wół, widoczny ze wszystkich stron, i od Kopernika, i od Krakowskiego, i od NŚ. Może dlatego, że jest taki mały? Łącznie na dwóch oddziałach ma z 70 łóżek, to raptem kilkanaście przytulnych sal.
To najstarszy szpital pediatryczny na terenie Polski - powstał w 1869 roku, jako "Zakład prywatny leczniczy dr. Antoniego Sikorskiego", z funduszy ofiarodawców, i leczono tam najuboższe dzieci - głównie na oddziale, jakbyśmy dziś nazwali, zakaźnym, i na chirurgii. Potem hrabina Potocka, panowie Bloch, Wrotnowski, Rau, Kronenberg i paru innych sypnęli groszem i wybudowali zgrabny, skromny budynek na ul. Aleksandria, czyli dokładnie tam, gdzie stoi do dziś, mimo solidnych wojennych zniszczeń. O ile pawilon frontowy (to ten od Kopernika), z 1875 roku, wygląda na stary, to już pawilon "chorób wysypkowych" z 1884 roku to na pierwszy rzut oka nówka sztuka nieśmigana, zarówno z zewnątrz, jak i od środka. Altankę ogrodową przebudowują właśnie na Izbę Przyjęć i poradnię, i dobrze, bo pierwsze wrażenie po wejściu na IP jest, hmm, zgodne z oczekiwaniami.

Za to potem zalicza się pełen opad szczęki. Nie wiem, jak na chirurgii - nadal jest w pawilonie frontowym - ale na pediatrii Przelatek zakrzyknęła: "mówiłaś, że będzie okropnie, a mnie się tu bardzo podoba!"  (tak, tłumaczyłam dziecku, dlaczego ono nie chce iść do szpitala, kiedy odmawiało współpracy przy leczeniu domowym jakiś czas temu). Pierwszą rzeczą, którą zrobiła Przelatek po zajęciu łóżka, było strzelenie sobie selfie z kabelkami, wenflonem i monitorem pulsoksymetru i przesłanie fotki całej klasie. Następną rzeczą było wciągnięcie obiadu, który "jak się go posoli, to smakuje nawet lepiej niż na szkolnej stołówce, a mówiłaś, że szpitalne żarcie jest niejadalne!". A ja wciąż zbierałam szczękę z podłogi. Gdzie są nieczułe, szczekliwe piguły w sztywnych białych fartuchach, wrzeszczące "przestań mi się tu mazać" i "wstawaj, termometr"? Gdzie jest zamknięty na głucho pokój lekarski, z którego nie da się wyciągnąć mrukliwego doktora? Gdzie salowe "niech zabiera te klamoty z podłogi"?

Otaczali mnie ludzie uważni, uśmiechnięci, gotowi na każde wezwanie wszystko tysiąc razy wytłumaczyć jak krowie na granicy, językiem dostosowanym do percepcji pytającego. Do zgrabnych pastelowych mundurków tuliły spłakane dzieciaki i przerażone mamy - do niektórych to i przerażeni tatusiowie chętnie by się przytulili, może dlatego tylu ich było na malutkim oddziale. A wczesnym rankiem czujne anioły fruwały na paluszkach z bezdotykowym termometrem w dłoni, przymykając oko na rozłożone wciąż, mimo późniejszej, niż przepisowa, pory, łóżka rodziców.

I tylko raz pielęgniarka, wezwana przez mamę do wyczerpującej walki z wierzgającym 4-latkiem, który nie życzył sobie nebulizacji, spacyfikowawszy młodzieńca przy pomocy żartów i miśków, po wyjściu z sali oparła się o ścianę i mruknęła do siebie: "kurwa, całą mnie opluł" :)

Zdjęcie ze strony szpitala, ale ta sala naprawdę tak wygląda.

PS. Czy wspomniałam o bezpłatnym wi-fi, telewizorach, kuchni dla rodziców i dwuosobowych salach z łazienkami?





poniedziałek, 2 lutego 2015

Wszystkie style św. Anny

Kościół św. Anny to jedno z tych miejsc, które mija się ciągle, nigdy nie zaglądając do środka. Albo zagląda się do środka, ale nie obejdzie się dookoła. Ona jest taka oczywista, ta św. Anna! Nawet jeśli ktoś się wdrapie na taras widokowy na dzwonnicy, to pokazuje gościom stolicy szeroką panoramę, a nie bliski dach. Czasem może ktoś wspomni, że w skarpę wpompowano parę(set) litrów betonu, żeby się nie osuwała po wybudowaniu tunelu trasy W-Z.

Fakt, że kościół jest w stylu gotycko-renesansowo-barokowo-klasycystyczno-neorenesansowym, jest mi znany. To widać na pierwszy rzut oka. To nawet Przelatek wie: cegła - znaczy gotyk, majtkowo różowe -  niegotyk, czyli renesans, pokrzywione, złote albo żółte - barok, uporządkowane, z kolumnami - klasycyzm.

Fakt, że podziemiach kościoła jest knajpa i dają w niej niezłą pizzę, też był mi znany. Zabrano mnie tam podczas jednej z moich pierwszych bytności w Warszawie, jeszcze nawet słoikiem wtedy nie byłam.


Ale ostatnio spędziłam w Św. Annie ładnych parę godzin i ciągle odkrywałam (albo pokazywano mi) coś nowego! Jak mogłam nie zauważyć, że gotycka jest nie tylko absyda, ale w ogóle mury do znacznej wysokości? Jakim cudem schowały się jak najbardziej gotyckie, okrągłe wieże? A wiecie, że identyko kościół, jak gotycka wersja św. Anny, stoi w Wilnie? Ten sam gość budował dla tego samego inwestora. To, że nie wiedziałam o sklepieniach kryształowych w korytarzyku łączącym kościół z klasztorem (i dostępnym z zewnątrz) to już małe piwo. Ale że zachowała się fasada SPRZED klasycystycznej przebudowy? I robi za ścianę kruchty, po prostu? O słynnych gościach, pochowanych pod kolumnami portalu, też nie wiedziałam. Nie zwracałam uwagi na iluzjonistyczne malarstwo na ścianach i superowskie sztukaterie. Nie widziałam filaro-ściano-skarp z kapliczkami/schowkami w środku. Nie chciało mi się wejść do bocznej kaplicy (tej renesansowej) i obejrzeć sobie rzeźby - np. kobietę o dwóch twarzach, uosabiającej Roztropność. Pojęcia nie miałam, że historia osuwającej się skarpy wiślanej (nadal się osuwa, cholera jedna!) uwieczniona została na lewej ścianie. I podobno jeszcze metaloplastyka nad kropielnicą przy przejściu do klasztoru jest autorstwa któregoś króla - ale znaleźć nie mogę źródła, które by to potwierdzało.