środa, 10 grudnia 2014

Z rozmów z Przelatkiem

- Mamo, a kto wygrał lokalne wybory? Kto rządzi w Warszawie?
- Ta sama Pani Prezydent, która była wcześniej.
- Aaaa, HGW? A Komorowskiego wybrali po katastrofie smoleńskiej?
- Tak.
- A pani premier Kopacz też była przy katastrofie, prawda?
- Prawda.
- Teraz już nie możemy w szkole mówić, że "to wina Tuska", bo on jest w Europarlamencie, będziemy mówić "wina Kopacz".
- Hmm, a czemu nie mówicie "wina Kaczyńskiego"?
- No co ty, on jest w opozycji, co on może?
Moja córka ma 9 lat. Jeszcze przed jej narodzinami wybrałam się z mężem do Teatru Narodowego. Wróciliśmy zniesmaczeni. Ja - bo on się nie zna na balecie. On - bo ujrzawszy w foyer ówczesnego premiera, powiedział do mnie: "O, Miller idzie!", a ja na to: "A kto to jest?". Jako dziewięciolatka interesowałam się chyba bardziej Mary Poppins, niż polityką...


wtorek, 9 grudnia 2014

Folwark Kiersnowskiego

Siostry Franciszkanki Rodziny Maryi, które w dość niezwykły sposób przyczyniły się do rozwoju Białołęki Dworskiej, prowadzą dom dziecka również na Płudach. Wikipedia podaje, że domem tym jest nieistniejąca już ruinka przy Klasyków, tuż przy wiadukcie, ale o ile wiem, dzieciaki mieszkały na górce, a w ruince była szkoła, wybudowana w 1930 roku, upubliczniona w 1947, z krótkim przedszkolnym okresem we wczesnych latach osiemdziesiątych (czy jest tam tablica pamiątkowa, że do tego właśnie przedszkola uczęszczał Historyk?). Kiedy ruinka nie była do końca ruinką, widniał na niej napis "Szkoła Powszechna", którego fragment był widoczny pod zdjętym szyldem urzędowym.
Do Płud siostry zostały zaproszone przez właściciela majątku, Krzysztofa Kiersnowskiego. I znów - Wiki podaje, że Kiersnowski podarował im teren na dom, na stronie zgromadzenia zaś widnieje informacja, że Matka Matylda Getter kupiła te ziemie. Być może ofiarodawca dał cenę symboliczną?
Z pewnością jednak ufundował kościół - niestety, po postawieniu stanu surowego stracił posadę rejenta w hipotece i sprzedał majątek, w którym przecież planował urządzić letnisko jak w Otwocku... Kościółek został dokończony staraniami parafian (pod wodzą małżeństwa Wędrowskich), obok stanął dom parafialny, w którym potem było kino, a jeszcze potem kaplica - dopóki nie wybudowano nowej, dużej świątyni.
A po planach otwockiego letniska (miało się nazywać Zawady) został drewniak - świdermajer. Należał do Natalii Śmiernickiej z Rosji, wybudowany najpewniej na początku ubiegłego stulecia. Udało się go wpisać do rejestru zabytków, ale czy uda się go wyremontować?

Została też drożdżownia - a raczej miejsce po drożdżowni, w którym dziś robi się opakowania dla produktów spożywczych. W pobliżu jest jednak inna drożdżownio-destylarnia, w której spirytus produkował w latach trzydziestych niejaki Henryk Bienental. Okolica nazywa się dziś Henrykowem, a tuż za murem fabryki znajduje się jeden z najfajniejszych białołęckich parkowych placów zabaw, z genialnym linarium, toytoykami i wybiegiem dla psów. Warto przejść się uliczką Dziatwy za ogrodzeniem parku - po przeciwnej stronie, niż Klasyków - i przyjrzeć się doskonale zachowanym zabudowaniom fabrycznym z czerwonej cegły. Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że Pollena Aroma wystawiła ten teren na sprzedaż, a przynajmniej jest do wynajęcia - byłoby super, gdyby zaopiekował się nim na przykład Białołęcki Ośrodek Kultury. Tylko pewnie Dzielnica nie ma kasy :(

niedziela, 7 grudnia 2014

Eksport tkanin do Chin

Wiecie, że w XIX wieku byliśmy niemalże potęgą eksportową? Wiecie, że nasz len trafiał do Chin? Wiecie, że mieliśmy ledwie 50 km od Warszawy jedną z najnowocześniejszych fabryk w Europie?
Wiecie, że mamy tam nadal nietknięte właściwie miasteczko przemysłowe, które było inwestycją greenfield i jest spójnym i jednolitym wykonaniem założenia urbanistycznego? Ma wydzielone strefy produkcyjne, edukacyjno-opiekuńcze, wypoczynkowe i mieszkalne.
Nie polecam muzeum w Żyrardowie - jakoś wyjątkowo mało mówi o mieście, choć ma interesujące wystawy czasowe. Ale na wycieczkę miejsce fenomenalne.

O ile ktoś lubi chińską kuchnię, oczywiście, bo innych jadłodajni tam raczej mało.

piątek, 5 grudnia 2014

Kiedy zaczyna się historia?

Dla Przelatka historią jest wszystko to, co było przed jej pojawieniem się na świat. To, co było przed moimi narodzinami to dla niej przeszłość bardzo zamierzchła, a między czasami jej prababek, a Homo Erectus nie ma już naprawdę żadnej różnicy.

Historyk najnowszy (a także mój prywatny Historyk Najnowszy) zapewne przeżywa dylematy - coś, co dla niego było już dawno temu, a więc zupełnie obojętne moralnie, dla żyjących jeszcze świadków tamtych wydarzeń wcale takie nie jest. Mój Historyk jakieś doświadczenia w tej kwestii zapewne miał, bo jak tylko wyciągałam aparat podczas urokliwego spaceru po Białołęce Dworskiej, fukał na mnie i szeptał:
- Tych nie fotografuj, oni tego nie lubią!
- Nie, wiesz, nie opisuj tego na blogu, tej rodzinie się to nie spodoba.
- Absolutnie nie możesz o tym wspomnieć! Ktoś cię oskarży, że przyczyniłaś się do spadku wartości gruntu!

Opowiadał jednocześnie arcyciekawe rzeczy o zamieszkujących osiedle rodach i rodzinach, o parcelach i domach. Przy jednej z ulic mieści się na przykład plac, który jest chyba przeklęty. Dom, który na nim stał, został zniszczony przez bombę w 44, właścicielowi nie udało się go odbudować, a żaden z kolejnych nabywców tej ziemi nie zrobił na niej interesu - a cele mieli bardziej biznesowe, niż osiedleńcze.
W innym miejscu są jakieś resztki słupów ogrodzeniowych i schodków. Kiedyś stał tam drewniak (Dworska miała w większości drewnianą zabudowę, która w znakomitej większości poszła z dymem podczas ciężkich walk w 44, razem z sadami i lasami), a w ogrodzie podobno pochowanych zostało dwóch Węgrów. Walczyli po stronie Niemiec, mieli swoje działa, ale niemiecką amunicję, której działko nie wytrzymało i rozerwało się, zabijając załogę.
Wojna, a raczej czołgi, wytyczyły zresztą zupełnie nową ulicę - Lidzbarską, którą dojść można do Choszczówki. Nie doczekała się nigdy utwardzenia, ale jest świetna na spacer czy wycieczkę rowerową.
Wieś rycerska znana była od 1425 roku, różnych miała właścicieli, z królem Janem Kazimierzem włącznie, a w 1919, kiedy zaczynają się jej współczesne dzieje, należała do hrabiego Reja (z tych Rejów - dodał Historyk). Rej wyprzedawał ziemię, dokonując wcześniej parcelacji za pomocą inżyniera Nowaka, który wytyczył w tym miejscu całkiem zgrabne letnisko. Działki miały po dwa tysiące metrów, miało być targowisko, kościół, szkoła, boisko, szerokie ulice łączyły ronda. Jeden z głównych traktów nazwano Zakopiańską (dziś Ambaras), jest też Ciupagi i inne góralskie uliczki.
Szkoła jest, acz w zupełnie innym miejscu, niż planowano. Wcześniej dzieciaki uczyły się w powszechniakach w prywatnych domach, albo posyłano ich do sióstr na Płudy. Zresztą, obecna tysiąclatka powstała również w pewnym stopniu dzięki siostrom - przekazały one na ten cel część swojej ziemi, tej obok zarastającego sosenkami pola. Pole uprawiane było podobno jeszcze w latach osiemdziesiątych, zostało siostrom oddane w użytkowanie pod warunkiem, że go nie sprzedadzą - takie, w każdym razie, ploty chodzą po osiedlu.
Kościoła nie ma. Parafialny jest w Płudach, na Pasterkę i przy innych większych okazjach można przyjść do sióstr, do kaplicy Domu Dziecka. Dom, o wdzięcznej nazwie "Bożyczyn", był przez jakiś czas filią domu z Płud, "stary" dziś budynek widoczny od Wałuszewskiej budowany był na gwałt około 1925 roku, kiedy, dowiedziawszy się, że siostry kupiły parcelę z dwiema zrujnowanymi willami, przysłano do nich około setki dzieci pod opiekę. W czasie wojny musiały się przenieść do budynków gospodarczych, bo w domu był niemiecki szpital polowy, przejście frontu w 44 przeczekiwały z dziećmi w piwnicach w Płudach pod ostrym ogniem.
Była poczta - wcale nie na Pocztowej, tylko na Majorki. Przeniesiono ją potem w okolice Zakładu Karnego, bo tam więcej było przesyłek. Był też klub sportowy Junak, który mieścił się przed wojną tam, gdzie dziś przychodnia. I kostnica w latach siedemdziesiątych, tam, gdzie można jej się spodziewać, czyli na tyłach Domu Opieki.
Rolę targu pełnił długi drewniany dom na Majorki, tam zresztą do tej pory mieści się swoiste centrum handlowe osiedla, choć w murowanych już budynkach.
Biblioteka zaś przeniosła się przed paroma miesiącami z przytulnego drewniaka, w którym, jak tłumaczy Historyk, uśmiechając się do wspomnień z dzieciństwa, była "od zawsze", do miejsca w Dworskiej niegdyś nie do pomyślenia - osiedla zwartej, gęstej zabudowy przy Wałuszewskiej.
Park - a po co tu park? Zamiast parku sadzono lasy - właściwie od lat pięćdziesiątych, w czynach społecznych, do późnych lat osiemdziesiątych. Miejscami widać pas drzew wyraźnie młodszych od okolicznych - to nasadzenie na wodociągu północnym, którym Warszawa ciągnie wodę z Narwi. Lasy są piaszczyste, bo tu właśnie są najwyższe łachy wiślane w okolicy. Pięknie wyglądały jesienią...


środa, 3 grudnia 2014

Secesja w Warszawie

Secesji w Warszawie prawie nie ma.


Siedzi Chopin w Łazienkach - Chopin jest secesyjny, przez co zresztą nie spodobał się po postawieniu. Pytano, po co mu wierzba z brązu, jakby żywej nie można było obok posadzić (NB wierzba z góry przypomina dłoń pianisty).


Jest parę - ale dosłownie parę - kamienic w Śródmieściu Południowym z secesyjnym elementami - przy Lwowskiej, Bagateli, Alejach Jerozolimskich. Jest klatka schodowa kamienicy przy Targowej, zadomofiona bardzo skutecznie. Jest elewacja hali na Koszykach (bo samej hali już nie ma), jest bank Landau na Senatorskiej, o istnieniu którego dowiedziałam się, dopiero przygotowując się do pisania tego postu (i faktycznie trzeba o nim WIEDZIEĆ, żeby go znaleźć - osiedle na tyłach Błękitnego Wieżowca nie daje żadnego sygnału, że skrywa secesję). Jest kamienica na rogu Alei i Poznańskiej.
Sporo kamienic, które wg mnie mają ewidentnie płynące cechy, opisane jest w przewodnikach jako wczesnomodernistyczne. Różnicy rozgryźć mi się nie udało, w atlasach architektury przykłady wczesnego modernizmu nie mają dekoracji z liści akantu czy stokrotek, ani półokrągłych mansardek ze ślimaczkami. Ale ja się nie znam.


Nie ma żadnej secesyjnej willi, dworku, pałacyku. Oczywiście, można to tłumaczyć wojennymi zniszczeniami. Poza tym w dwudziestoleciu Art. Nouveau przestało być modne i skuwano wręcz falujące, kwietne zdobienia, żeby upodobnić budynek do szlachetnego w swej prostocie modernizmu. Poza tym w Polsce akurat styl dworkowy był bardziej rozpowszechniony, jako powrót do korzeni i podkreślenie świeżo odzyskanej niepodległości.
Mimo to - jestem zdziwiona, zwłaszcza po Moskwie, w której secesji jest od licha i trochę. Może za krótko secesja była popularna, i kiedy już dotarła do prowincjonalnej Warszawy mieliśmy już inne rozrywki, w rodzaju I wojny? Nie wydaje mi się. W końcu eklektycznych ostańców w przełomu wieków trochę nam się ostało :)

wtorek, 2 grudnia 2014

Balet Ejfmana

W Moskwie chętnie oglądałam polskie spektakle, dzięki znajomościom w Instytucie Polskim można było dostać bezpłatną wejściówkę albo chociaż niedrogi bilet. 
W Warszawie... oglądam przedstawienia rosyjskie.
Na takiego Ejfmana w Moskwie na przykład nie szło kupić biletów. Nie powiem, że w Warszawie ta sztuka była łatwa - mówiąc szczerze, wizyta w kasie Teatru Wielkiego była dla mnie lekkim szokiem. Albowiem ponieważ chadzałam do niego - z rzadka, ale chadzałam - bez najmniejszych problemów na wejściówki, siadając potem na drogich miejscach pierwszego rzędu na balkonie. Rozumiałam, że takie rozwiązanie nie przejdzie w przypadku występów gościnnych, ale nie spodziewałam się, że z dzieciakiem do opery w tym sezonie to ja się raczej nie wybiorę, jeśli nie zadbałam o to w czerwcu. A zamierzałam kupić bilety na coś dzieciakowego, oprócz Eifmana. Dostanie się do Bolszoja było prostsze...

Teatr Wielki zaskoczył mnie znów w foyer. Właściwie nie było dżinsów i innych ubrań każualowych. A nawet te jedne widziane przeze mnie dżinsy założone były do marynarki. Moskiewskie przybytki Melpomeny się bardziej wyluzowały pod tym względem - z Bolszojem włącznie.
Poza tym pełno tam było Rosjan. W bardzo różnym wieku - od dziewcząt do starszych państwa. Rosjan tutejszych, warszawskich, bo ze znajomymi rodakami rozmawiali surżykiem. Cóż zresztą się dziwić - zarówno balet, jak i Dostojewski ("Po drugiej stronie grzechu" to balet napisany na podstawie "Braci Karamazow") to dla większości Rosjan tematy nieobce, choćby dlatego, że zmuszani byli do tego w szkole :) 

A sam spektakl jest ciekawy. Ejfman co roku wymyśla coś nowego - "ekranizuje", znaczy na scenę przenosi i w taniec przemienia - wielkie powieści, takie, których się sfilmować nie da, nie mówiąc już o "zbaletowaniu". A w sumie mu się udaje. W każdym razie, ledwo pamiętając "Braci" (Dostojewski nie należy do moich ulubionych pisarzy), wiedziałam, o co chodzi, a tam, gdzie nie pamiętałam - odbierałam bardzo mocny sygnał emocjonalny, więc i tak wiedziałam, o co chodzi. 
Spróbujcie w przyszłym roku kupić bilety.


poniedziałek, 1 grudnia 2014

Koń na Syrenie

Co robi końska głowa na budynku Teatru Syrena?
Ile numerów ma ulica św. Teresy?
Gdzie była najwytworniejsza ślizgawka Warszawy i odbywały się najprzedniejsze bale?


Tego wszystkiego można się dowiedzieć, zbaczając z utartego szlaku komunikacji miejskiej w ulice między Marszałkowską i Ujazdowskimi. Na Litewskiej, na przykład, obok Instytutu Higieny Dziecięcej, tylko trochę bliżej Szucha, mieściła się całoroczna ujeżdżalnia, przerobiona potem na teatr.
Przy Koszykowej zaś znajduje się nie tylko jedna z najprzyjemniejszych - od przeniesienia BUW - warszawskich bibliotek. Drewniane ławy i lampy z zielonymi kloszami w czytelni głównej Biblioteki na Koszykach emanowały spokojem i cierpliwością tysięcy ludzi, którzy się przy nich uczyli, pomagając bardziej, niż zaciszne stoły pochowane między regałami nowego gmachu uniwersyteckiego, nie mówiąc już o bezdusznych dość czytelniach Narodowej. No, ale o bibliotece na Koszykach wszyscy wiedzą, a ja napisałam "nie tylko" - bo wystarczy odbić w bok paręset metrów dalej, żeby trafić na dwie małe uliczki - aleję Przyjaciół i ul. św. Teresy. Przy św. Teresy jest tylko jeden budynek, po parzystej stronie :), a przy alei Przyjaciół jest piękny dom pod trójką, jak pan Corbusier przykazał, na słupkach, z żaglem na dachu, autorstwa Żórawskiego.
A wcześniej jeszcze jest aleja Róż, tam mieszkało od licha i trochę poetów, np. Gałczyński, i różni oficjele, podobno np. Bierut. A w czasie wojny różni ważni Niemcy, w tym niezbyt przyjemni, jak Franz Kutschera. Willa przy alei Róż była celem wypraw ferajny z Cafe pod Minogą, a pod numerem pierwszym od wojny do 2008 roku mieściła się ambasada Wielkiej Brytanii - podobno teraz ma tam być hotel. I w ogóle ambasady lubiły te okolice, bo ładnie tu, zacisznie, a do centrum bliziutko.
Dawno, dawno temu właśnie tam znajdowała się Dolina Szwajcarska, ulubione miejsce zabaw i wypoczynku, z teatrami i teatrzykami, lodowiskiem, pałacykiem na imprezy, salą koncertową i w ogóle. Szwajcarska, bo stały tam drewniane chatki z kiełbaskami i innymi frykasami, w stylu alpejskim. Teraz została tylko Dolinka - skwerek miły, ale maluteńki.
I jeszcze bardzo lubię Mokotowską. Też ma parę niespodzianek, na przykład przecznicę Jaworzyńską, która jest skromna jak podwórko, albo rokokowe cacko pałacyku cukrowników, albo kamienicę "Krakowiacy i Górale". A w jednej przecznicy skryła się szkoła Platerówek, od zawsze w tym samym budynku.

Właściwie można tam godzinami brodzić i fotografować detale, i wynajdywać ciekawostki. W każdym innym mieście byłaby to ot, kolejna dzielnica z przełomu wieków, zabudowana nudną, w gruncie rzeczy, masówką, bez jakiejś szczególnej wartości architektonicznej. W Warszawie to bezcenne pamiątki przedwojennej przeszłości, i jakiś zagramaniczny turysta dziwiłby się pewnie niepomiernie, czym my się tak zachwycamy...