środa, 12 listopada 2014

Kochany Święty Mikołaju!

Nie wiem, czy byłam bardzo grzeczna w tym roku, ale na pewno byłam bardzo pracowita.
Z całą pewnością zasłużyłam na nagrodę.


Dlatego, kochany Święty Mikołaju, przynieś mi proszę
- blender;
- retro-koszyk rowerowy i w ogóle takie gadżety rowerowe dla dziewczyn, i kalkomanię i w ogóle;
- dużo Archimap (wyd. Muzeum Powstania Warszawskiego, tylko szybko, bo się kończą);
- Jestem miasto. Warszawa. (wyd. Czuły Barbarzyńca);
- i różne inne varsaviana, tylko sprawdź, które już mam;
- jakieś miłe e-książki (varsaviana też mogą być e-, bo nie mam już półek).


Przelatek prosi o czytnik i bony do księgarni, a także o wyścigówkę Lego 3w1. Przelatek była grzeczna. Naprawdę.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Bo tu jest Warszawa, a nie Gnojno!

Zawsze, zawsze mnie bawi to stwierdzenie.
Bo my tu w Warszawie!
My tu w Warszawie jesteśmy! I nasze dziecko nie widziało ciągnika, krowy ani pola, bo to jest miejskie dziecko. To Warszawa jest, no!

Kiedy razu pewnego wspomniałam, że moje dziecko widziało, to mnie ofuknięto, że "na terenach niedawno przyłączonych takie coś pewnie jest, no ale my jesteśmy z tej prawdziwej Warszawy".

No to, jako wytrawny Słoik, zaczęłam szukać.
Znalazłam.
Kury.
Kury na wybrzeżu Portu Praskiego, 3 km w linii prostej od Rynku Starego Miasta. W granicach Warszawy od 1791 roku.

Ciągniki. Od licha i trochę. Nie tylko połączone z kosiarką. Normalne pole uprawne mieści się np. na ulicy Potoki, Stegny, kilkaset metrów od Puławskiej, w granicach Warszawy od 1938 roku. O mojej dzikiej łące, należącej do stolicy od 1915, nie wspominam.

Krowy.
Dobra. Niech wam będzie. Krowę widziałam jedną, i ona już chyba była w Jabłonnie, chociaż patrzyłam na nią jeszcze z Warszawy. Na terenach SGGW zapewne mieszkają krowy, ale tam się nie zapuszczałam jeszcze. (Update: Krowy widziałam dwie, drugą w Kobiałce, Warszawa od 1976, obok pastwiska powstało blokowisko).

Konie.
O koniach to wstyd pisać, jeździectwo jest sportem od zawsze chętnie uprawianym i można się tej przyjemności oddawać choćby w Łazienkach. Hazardowi również, ale na Służewiec udam się w kolejnym sezonie.

Ule.
Ule są na ulicy Jazdów, w Warszawie od zawsze.

Ruiny. Niezabezpieczone.
O ruinach już byłam pisałam. Drewniane szopy również w stolicy posiadamy, w dużych ilościach. Domy z wychodkami na dworze też posiadamy.

Grzyby.
Rosną w Bielańskim i na Kole. To z tych, które udało mi się objechać do września. Miejskie od lat dwudziestych ubiegłego wieku.

Leśne zwierzątka (łosie, sarny, dziki) i chronione ptaszki (z bielikiem włącznie) zamieszkują licznie prawy brzeg Wisły. Czasem je spotykam po drodze do pracy.

Znaczy się, czego miejskie dziecko nie może zobaczyć?




sobota, 8 listopada 2014

Inne pomniki

Szopena w Łazienkach każdy widział przynajmniej na pocztówce.
Mickiewicza przy Krakowskim trudno jest przegapić.
Nike wklejaliśmy kiedyś do zeszytów - pamiętacie?

W każdym niemal mieście na całym świecie na ławeczkach siedzą ichniejsze Osieckie czy księża Twardowscy (choć nie wszędzie zapewne dostają co rano świeże kwiaty do łapki, choćby zerwane z pobliskiego klombu).

Ale Warszawa ma parę innych fascynujących obelisków, porównywalnych chyba z pomnikiem serka topionego w Moskwie.

Na przykład w parku na Książęcej znajduje się instalacja "Unity", symbolizująca jedność Chicago i Warszawy. Jednak mała metalowa tabliczka przekonuje, że to Pomnik Tasiemca, dar królestwa Propanu dla ludności i robaczywości Warszawy.

W tym samym parku, przy wieżyczce wjazdu na most Poniatowskiego jest piękna mozaika z fragmentem wiersza Słonimskiego: "tu leży trup nieznanego mieszkańca Warszawy". Najlepiej, oczywiście, ogląda się ją z góry. Powstawała z kamyków nadsyłanych przez ludzi do Muzeum Powstania Warszawskiego.

Na Gocławiu mieszka niezależny kot Cyryl, a na Polach Mokotowskich - Szczęśliwy Pies. Przed dawnym BUWem na Uniwerku siedzi student Sławek, którego przodkowie zajmowali zapewne ławkę szkolną spod budynku ZNP.
Ciekawy - bo składający się z trzech niezależnych części - jest pomnik "Chwała saperom". Saperzy stoją w Wiśle (na słupie z odnotowanym stanem wysokiej wody), rozbrajają coś w przejściu podziemnym pod Wisłostradą i pracują w epicentrum wybuchu w parku Rydza-Śmigłego. Między saperami leży Płyta Desantu Czerniakowskiego, ni to upamiętniająca, ni to nagrobna...


Są pomniki, które nie wrócą - osobiście żałuję "Czterech śpiących", bez względu na ich wymiar ideologiczny. Wzięłam się przyzwyczaiłam. Teraz zapewne ludzie będą mówić "przesiądziesz się przy Wileniaku", ale to nie to samo :) Z innych ciekawych nieistniejących - na Bukowińskiej zostały słupy po skradzionym dzwonie pokoju. Dzwon otrzymaliśmy od Hiroshimy i Nagasaki, odlano go z monet podarowanych na ten cel, był jednym z pięćdziesięciu takich dzwonów podarowanych miastom najbardziej zniszczonym w czasie wojny. Ale przyjechali jacyś tacy, zapakowali go w biały dzień na ciężarówkę i zniknęli...



piątek, 7 listopada 2014

Człowiek w okolicach 40 zaczyna się sypać...

Mnie tam trochę brakuje do czterdziestki. Ale sypać się zaczęłam.
Pierwszy poszedł się kochać układ nerwowy, który zaprotestował przeciwko tempu życia.
Potem zaczęły nawalać kolana. Ja lubię jeździć na rowerze, one nie.

A teraz rozwaliło mnie zwykłe przeziębienie. Wiele lat stałam pod tablicą, rytualne październikowe zapalenie krtani trwało kilka dni, po których radośnie wracałam do budy, ucząc się innych metod utrzymania dyscypliny, niż ryki "Kowalski! Cisza!".
Teraz choruję już tydzień, a poprawy wcale nie widać, mimo, iż zgodnie z sugestią szefa udałam się do lekarza. Ha, ha, w kinie w niedzielę (NB mamy ostatnio znakomite polskie filmy) zastanawiałam się poważnie, czy nie iść w poniedziałek do pracy. Bo przecież jest już w miarę OK. Po czym... straciłam głos. A pani doktor z lekko zmartwioną miną poinformowała mnie, że do pracy to ja się raczej nie nadaję, bo mam... i wymieniła parę jednostek chorobowych, wręczając ZLA i receptę na antybiotyk. 

Po raz pierwszy w życiu leżę w łóżku, chociaż nie mam gorączki. Po raz pierwszy w życiu moje plany na okres rekonwalescencji idą się kochać. Po pierwsze, nie ma żadnej rekonwalescencji - po raz pierwszy w życiu nie mogę mówić dłużej, niż dwa dni. Koledzy z pokoju by się ucieszyli, choć obłudnie wysłali smsa, że będą tęsknić. Po drugie, całe dnie przesypiam - od tygodnia!. Po trzecie, jak zwlokę się z łóżka, żeby wyjść z psem, to moje nadzieje na długi spacer kończą się na najbliższej ławce (czyli po 50 metrach). 

Chorowanie ma polegać na tym, że najpierw przez dwa dni wszyscy dookoła ciebie skaczą, a potem masz jeszcze pięć dni na robienie tego, co sprawia ci przyjemność. Fakt, dostaję herbatę do łóżka. Ale nie mogę robić tego, co sprawia mi przyjemność, bo śpię! Ile, kurna, można spać???

Albo mój organizm pół roku po przeprowadzce z Moskwy uznał, że nareszcie można przestać się spinać i pozwolił sobie na prawdziwą, porządną chorobę, albo się starzeję...

czwartek, 6 listopada 2014

Zabrali mi czołgi :(

Podobno jeszcze parę miesięcy temu, jeszcze przed wakacjami można je było zobaczyć. Na ulicy Przyrzecze, to jest tylko odrobinkę za Dąbrówką Wiślaną.
Jakiś zapaleniec zbierał złom. Złom nie byle jaki, tylko wojskowy. O, taki:
Ze strony www.pascal.pl

Widziałam ten złom parę lat temu. Chciałam teraz pokazać córce.
Spóźniłam się.
Gość sprzedał wszystko innemu zapaleńcowi...

Ale udało mi się pojeździć po Choszczówce "za torami" (czyli przed torami, od Modlińskiej patrząc), parę razy się zgubić i pytać o drogę miejscowych, wcale licznie obecnych w bezludnych choszczówkowskich lasach - na grzybobraniu. Okazało się zresztą, że:
1) leśne piaszczyste dukty mają swoje nazwy na mapie, choć brakuje im tabliczek MSI;
2) miejscowi są bardzo miejscowi i wiedzą, gdzie znajdują się poszukiwane przez nas (z Przelatkiem byłam) obiekty. Oni są bardziej miejscowi od Warszawy, nawet jeśli już w niej się urodzili. Dłużej na tych terenach ich rodziny mieszkają, niż tereny są Warszawą.

Oprócz zaliczenia przemiłej przejażdżki wśród wrzosów i sosen udało nam się obejrzeć z bliska oczyszczalnię Czajka (mamo, chodźmy stąd, bo ja się boję, że te balony zaraz wybuchną) - oczyszczalnię, która zbiera ścieki z całej Warszawy, tylko nie z okolicznych domów, do których przyjeżdża szambiarka.

Po parunastu minutach kluczenia po Górach Skierdowskich ( - Wiesz, skąd tutaj tyle piasku i wzniesień? Tu kiedyś Wisła płynęła. - Mamo, a ty to widziałaś? Pamiętasz te czasy?) - dotarłyśmy do Prymasówki, czyli kurpiowskiej drewnianej chaty z rzeźbionymi dekoracjami, służącej za kaplicę przy Instytucie Świeckich Pomocnic Maryi Jasnogórskiej. Przyjeżdżał tu odpocząć nie tylko Stefan Wyszyński, ale i Karol Wojtyła, więc na karcie informacyjnej przy furtce widnieje szumna nazwa "polskie Castel Gandolfo". Fakt, Choszczówka ma długie tradycje letniskowe (w 1921 roku na 30 istniejących domów 21 było sezonowymi), więc wcale się nie dziwię, że dobrze im tutaj było.
Od Sosnowej rzut beretem już było na Dębową, przy której mieści się tajemnicze miejsce zwane "zespołem dworskim Choszczówka". Z ulicy widać stare, stare ogrodzenie, bardzo eleganckie, stary, stary, romantyczny i dość zaniedbany park, zza którego prześwitują jakoweś zabudowania, jak biało-niebieska tabliczka wskazuje, również stare, stare i zabytkowe. Z połowy XIX wieku. Pierwszej połowy.

Przelatek nie chce już ze mną jeździć na wycieczki rowerowe. Tata by się w lesie nie zgubił. I wybierałby normalne, ludzkie, w miarę twarde trasy, a nie pieszy niebieski szlak turystyczny w okolicach stacji Warszawa-Choszczówka, koło której nas miało nie być i którym owszem, da się dojechać, ale do pałacu w Jabłonnie...

wtorek, 4 listopada 2014

70 lat po wojnie

70 lat po wojnie wciąż można zrobić takie zdjęcia.
70 lat po wojnie, czyli w czasie wojny te czynszówki były nie tylko w granicach miasta - one były w jego ścisłych granicach.
70 lat po wojnie na Woli. Na Starej Pradze. Przy Emilii Plater. Na tyłach... Nowego Świata.
70 lat po wojnie, po przeminięciu i upadku ustroju, który - w oficjalnej przynajmniej retoryce - troszczył się o lud robotniczy miast i wsi, o najuboższych.
70 lat po wojnie, w stolicy nowoczesnego, demokratycznego kraju, członka Unii Europejskiej i NATO - istnieją podwórka przy Brzeskiej, Waliców, Smolnej.

Niech one zostaną.
Mimo wszystko...
70 lat po wojnie na Brzeskiej nikogo nie obeszła blondynka z aparatem na rowerze. Gapiono się na mnie bez specjalnego zainteresowania - ot, kolejna hipsterska turystka. Na flaszkę pewnie nie da, zresztą ma się tę swoją godność. Można się co najwyżej podzielić nowiną, którą ona - ta turystka z innego świata - zapewne doceni:
- Wie Pani? On to do PRACY idzie! Normalnie do pracy!

Więc 70 lat po wojnie można na Brzeską (dokładniej, na podwórka między Targową i Brzeską) przyprowadzić dzieciaka, żeby zobaczył, co wojna robi z miastem. I co obojętność robi z miastem. I jak wyglądają slumsy.

niedziela, 2 listopada 2014

Z rozmów z Przelatkiem

Udało mi się przeziębić. Szef powiedział, że jestem wzorowym Słoikiem-pracownikiem: w czwartek zaczynam źle się czuć, w piątek mnie rozkłada, sobotę i niedzielę przeleżę w domu, żeby w poniedziałek iść do pracy - ale dobrotliwie zasugerował zwolnienie.

Wylegiwałam się w łóżku, obłożona kotami, psem i książkami, kiedy do towarzystwa dołączyła Przelatek.
- Mamooooo! Nuuudzi mi się!
- Wiesz, jaką odpowiedź mają zawsze rodzice. Lekcje, porządek w pokoju i flet. Ewentualnie możesz mi zrobić herbaty.
- Ale mamooooo! Musiałaś zachorować? Leżysz i nic nie robisz, na nikogo nie krzyczysz, nie biegasz, żadnej adrenaliny! Nie ma z ciebie żadnego pożytku!

Później omawialiśmy z Historykiem ostatni felieton Radziwinowicza, w którym pisał, że na Twierskiej w Moskwie zwalniają się masowo powierzchnie handlowe. Historyk zauważył, że jakoś tak ma, że miejsca, które opuszcza, pogrążają się w kryzysie.
- Wracajmy do Moskwy! - wykrzyknęła Przelatek - Musimy ją ratować!